Potem przyszły dni, kiedy dało się zauważyć rozciągnięte w oknie pokoju, porozwieszane na podobieństwo suszącego się prania pajęcze tkaniny. Wiadomo już, co to za pora roku. Pora wykopków, późnego siewu i ostów. Pora dymu z ostatnich ognisk palonych nad rzekami. Na pola raz jeszcze ruszą ciągniki, zacznie się orka, zieleń jabłoni wyraźnie zbrązowieje, ścieżki zaczną pachnieć starym, pożółkłym papierem.
Obróciłem się, chcąc sprawdzić, czy śpisz. Twoje włosy rozsypane na poduszce, przypominały snopki na polach. Odsłonięte plecy, poranne milczenie, łagodne doliny i wzniesienia, jasna skóra wystawiona na słońce jak połacie ziemi. Przesunąłem dłonią po twoim ramieniu. Było łagodnie ciepłe i czułem w nim odbicie całego mijającego lata. Zaraz wstaję, powiedziałaś, przeciągając się w pościeli, nie wiem, która godzina, ale pewnie blisko południa, zrobię kawę, też będziesz chciał?
Dziś popołudniu będzie grzało, mówię sobie w duchu i kiwam głową. Tak, na to wygląda. Znów się nagromadzi os, trzeba będzie je odganiać, a one i tak będą krążyć w tym swoim niemym tańcu. Po tym też poznać dni, które właśnie przyszły. Owce wyjdą nad Dunajec, nieco bardziej ociężałe, senne, ale też jakby spokojniejsze. Pomyślałem o tym pewnie dlatego, że, jak się zdało, na zewnątrz zadzwoniły metalowe dzwonki. A kiedy rzuciłaś okiem za okno, wspomnieniami wróciłem nad brzeg rzeki, w trawiaste miejsce nieopodal mostu; na piechotę to będzie pięć minut, nie więcej.
Wszystko coraz bardziej w sepii. Na plecach żar, nieraz taki, że aż pali skórę do czerwoności, nagrzewa ubranie, skóra pod nią swędzi i szczypie, a gdyby wejść bosymi stopami do rzeki, to zaraz okazuje się, że nie postoisz dłużej niż kilka sekund, bo woda jest zbyt zimna. Nikt już się tam nie kąpie, choć na zewnątrz od południa do szesnastej panuje całkiem spory skwar.
To jak z tą kawą?, spytałaś, narzuciwszy na siebie szlafrok i powoli przesuwając dłonią po moim czole. Delikatne, cieniutkie palce. Pewnie. Dla mnie też zrób, choć zdaje mi się, że jeszcze chwilę poleżę. Pamiętam, jak pytałaś o to pierwszy raz. Poszłaś do kuchni, a twoje włosy kołysały się lekko i swobodnie, przypominając w tym słońcu babie lato. Na oparciu krzesła wisiała sukienka w polne kwiaty. Biel, czerwień, zieleń i turkus; coś jak Monet, a zawsze lubiłem Moneta. Wiatr trącał nią zupełnie tak, jak tą zaczepioną o framugę okna pajęczą tkaniną. Leżałem i czekałem, aż pokój wypełni zapach kawy, i tak się wkrótce stało.
Królestwo niebieskie podobne jest…
Może jest podobne do kobiety, która wstawszy nad ranem, postanowiła zaparzyć kawy sobie i temu drugiemu, osobie, z którą dzieli życie pod jednym dachem? Postawiła na stole dwie filiżanki, a pokój wypełnił się zapachem pierwszych prób zmierzenia się z tym dniem. Do tego podobne jest Królestwo niebieskie. Albo do piosenki „Scarlet Begonias” z płyty „From Mars Hotel”, która puszczona cicho w tle, wyciąga w każdy kąt naszego domu wijące się rymowane pędy o kwiatach i złotych drogach Kalifornii. Wypełnia wnętrza, wspina się po ścianie. Tak, bez wątpienia życie objawiło się. A myśmy je widzieli. Proroctwo spełnione.
Choć, prawdę mówiąc, „Scarlet Begonias” słucha się raczej w pełni lata, jadąc przed siebie i pocąc się od gorąca, z bezalkoholowym radlerem w ręce. Tymczasem był to pierwszy suchy dzień od dawna, a już wydawało nam się, że lato na dobre sobie odeszło i pozostaje poddać się jesieni. Gorąc, to prawda, przez trzy, cztery godziny od południa, później przeciągły chłód, coraz zimniejsze słońce, ale jednak. Nad polami gromadziły się stada wron, wcześniej nie tak liczne; było ich tak wiele pewnie dlatego, że świeżo rozorano ziemię. Wiadomo już, co to za pora roku. To pierwszy tego typu dzień. Wcześnie w tym roku, muszę przyznać. Dopiero co odbyło się w Zubrzycy Święto Borówki, dopiero było Matki Bożej Zielnej, procesja przy wieczornym zapachu jeziora i kościelnych świecach, a potem nocny powrót przez pola do Nowego Targu.
Choć już wtedy coś nad nami zawisło. Była tam, jeśliby się dłużej zastanowić, jakaś połyskująca w słońcu pajęczynka. Kiedy odbywało się nabożeństwo wigilii wniebowzięcia, bazylika była pełna, więc usiadłem na zewnątrz, na ławeczce przystawionej obok bocznych drzwi. Było cicho, lecz mimo wszystko docierał tu do mnie głos kapłana. Stałem tam, siedziałem i klęczałem, w odosobnieniu, śpiewając „Wyrusza z Panem Arka Jego chwały” i rzucając wyznanie wiary jak ziarno, prosto w pola, które rozłożył przede mną sam Bóg, dobry i wszechmogący; pola obsypane kopkami siana, parujące ciepłem, gdy na wszystko powoli kładł się, niczym wielkie prześcieradło, zmierzch.
Ty mnie ogrzewasz, podhalańska ziemio, powiedziałbym do siebie, gdybym silił się na ten sam podniosły ton, w który niepotrzebnie popadł ksiądz podczas homilii. Ale byłoby w tym trochę racji, bo ciepło ciągnących się po lewej stronie bazyliki miękkich pól rzeczywiście miało w sobie coś z dotyku ciała, obejmujących mnie ramion.
Teraz już będzie inaczej. Nocą zaczniemy przymykać okno, bo zimno. Nie ma już wakacji, zostało babie lato. Powlatują owady, żeby przylgnąć do kątów, na suficie i przy lampie. Na polach wieczorem i nad ranem już teraz osiada wilgotny opar, od którego kręcą się włosy. Kiedy słońce wschodzi, ciało przenika ożywczy chłód, a później, kiedy przygrzewa i pali, to mocno, choć z subtelną elegią o przemijaniu postaci tego świata, którą wyczuwa się w powietrzu.
Ale tamtego ranka obudził nas przyjemny ciepły podmuch. Pachniał rozgrzanym drewnem, suchymi gałęziami i dobrze wyczuwalnymi początkami jesieni. Kątem oka zauważyłem, że przywiał na próg balkonu dwa owoce klonu. To te małe brązowe kulki zaopatrzone w sztywny liść, spadające na ziemię wirującym ruchem. Życie objawiło się. A myśmy je widzieli, dotykali, słyszeli i smakowali. Wiedziałem o tym, zasypiając wieczorem w splocie dwóch wyczerpanych dniem ciał, i ty też zdawałaś się o tym wiedzieć.
A potem poranek, babie lato. Pierwsze promienie jesieni mają w sobie coś wyjątkowego, prawda? Coś, co mówi, że sprawy są tylko na chwilę, i to nie taką długą, ale dlaczego właściwie na chwilę, czy aby na pewno; lekki wiatr zawiesza głos, a my domyślamy się, że jest jednak jakiś dalszy ciąg.
Stałaś tam, w kuchni, drapiąc się po zaczerwienieniach na ramionach i zapytałaś, czy mnie też tak strasznie pociął w nocy komar. Nie potrafiłem odpowiedzieć, zamyślony, bo nagle uderzyło mnie to, jak bardzo uwielbiam twoje ramiona. Czajnik w kuchni zaczął syczeć. Wlałaś wrzątek do dwóch kubków. I znów coś do mnie dotarło. Nie powtórzę tego błysku, ale mogę go wspominać, mówiąc „to słońce”, „to niebo”, „to wiatr”, „to księżyc”, tak jakbym poznawał świat po raz pierwszy. Wszystko przez to, że coś zobaczyłem. Ale było jak babie lato: byle machnąć ręką, a już się zrywa i ulatuje.
Jakieś plany, zapytałaś, ale tak, jakbyś liczyła na to, że odpowiem „żadne” albo „poleżeć jeszcze dłużej”. Że wypijemy kawę, pewnie coś zjemy i mimo wszystko znów położymy się obok siebie, bo w zasadzie to nieważne, która jest godzina; to słońce i ten wiatr skłaniają nas do tego, aby nadal spokojnie płynąć, tak jakby łóżko było łódką puszczoną na pełne morze. Zapytałaś o to, kładąc na stoliku obok łóżka jedną filiżankę, a drugą, białą z namalowaną parzenicą, obejmując obiema dłońmi. „Cholera, te komary”, westchnęłaś, a brodą próbowałaś podrapać się po swędzącym miejscu na przedramieniu.
Nagle z kuchni dobiegł nas trzask tłuczonego szkła. Mignął tam też czarny kształt. Wiadomo było, kot znowu strącił szklankę. Czyli trzeba wstać i to wszystko pozbierać, westchnąłem. Trudno, może dzięki temu prędzej zabierzemy się za śniadanie. Nachyliłem się nad odłamkiem szkła, wyciągnąłem ku niemu rękę, może w zbytnim roztargnieniu, a może zbyt niecierpliwie, bo szkło zraniło mnie w palec. Kot zerkał na to wszystko, wystraszony, znad lodówki.
Królestwo niebieskie podobne jest… – krążyło mi po głowie, kiedy przyciskałem papierową chusteczkę do krwawiącego miejsca. Czyli jest podobne; że podobne do czegoś, to przywykłem, ale że odległe, a zarazem nie tak znów odległe, skoro po prostu podobne… Wiemy o nim równie dużo i równie mało, co o spaniu, poranku, rozbitym szkle i dłoni ukochanej osoby. Te dni, które właśnie nadpływały, jakby zamknęły mi usta. Można było tylko trwać.
A po wypiciu kawy i zjedzeniu śniadania, ruszyliśmy z kolejny rejs przez fale minut i godzin, moja dłoń na twoim ramieniu, twoje włosy rozsypane na mojej piersi. Wieczność działa się jakoś mimochodem. Wciąż się dzieje. Wtedy była na na twoich dłoniach, na drobnych plamkach koloru cynamonu. Położyła się, jak puch, na pajęczynie rozciągniętej w oknie pokoju. Takie przyszły dni.
Ludźmierz, 15.08.2025
Michał Gołębiowski (ur. 1989 w Nowym Targu) – pisarz, prozaik, eseista, tłumacz, historyk literatury. Redaktor ,,Christianitas”. Publikuje m.in na łamach ,,Więzi” czy ,,Teologii Politycznej”. Opublikował m.in. książki Niewiasta z perłą, Bezkres poranka, Słodka ziemia. Jako eseista zajmuje się m.in związkami wiary chrześcijańskiej z kontrkulturą i postmodernizmem. W 2022 roku otrzymał Nagrodę Specjalną Identitas za książkę Bezkres poranka. W 2024 roku ukazał się jego debiut prozatorski pt. Dalej tylko pola. Sentymentalnie związany z rodzinnym Podhalem.











