Co po maturze? - ciąg dalszy rozważań o edukacji

Ostatnio opublikowaliśmy tekst warszawskiego nauczyciela, zawierający projekt reformy szkolnictwa oparty na likwidacji obecnych gimnazjów. Aby postawić na nogi rozpadającą się edukację polską należy jednak sięgnąć wyżej niż do egzaminu dojrzałości. Zatem…
08.04.2014 14:09

Co dalej? Dalej powinno być tak, że z taką maturą w ręku, po takich egzaminach, i przede wszystkiem po owych sześciu latach najwcześniejszej młodości spędzonych m.in. w szkole na rzetelnej nauce, każda wyższa uczelnia w Polsce i na całym świecie powinna przyjąć delikwenta z otwartymi ramionami, na dowolny kierunek, jaki on sobie obierze, niezależnie od tego, czy tzw. profil maturalnych „wybranych przedmiotów kierunkowych” zgadza się z profilem wybranych studiów. To jest prywatna sprawa studiującego, a poziom jego przygotowania do podjętych studiów zostanie obnażony już w pierwszym semestrze, najdalej roku.

Owszem, na politykę werbunkową uczelni zagranicznych wpływu nie mamy. Lecz i w naszym kraju przebąkuje się co jakiś czas o „autonomii uczelni”. Atoli przynajmniej w zakresie rekrutacji (i, niestety, nie tylko w tym zakresie), żadnej autonomii u nas obecnie nie ma, skoro wspomniany już „maszynowy” system oceniania matur „z automatu” przypisuje absolwentów szkół do określonych kierunków studiów.

Każda uczelnia powinna mieć prawo, jeśli chce, sama określać kogo i dlaczego chce przyjąć na studia, a więc prawo do przeprowadzenia egzaminów wstępnych. Każda uczelnia powinna mieć prawo, jeśli chce, sama określać kogo i dlaczego chce przyjąć na studia, a więc prawo do przeprowadzenia egzaminów wstępnych.Z drugiej zaś strony patrząc, dla uczelni jest wygodniej, jeśli we wstępnym egzaminowaniu wyręcza ją ktoś inny, jak to się obecnie w Polsce dzieje. Zdrowa nie była także owa znana nam z przeszłości sytuacja, kiedy to abiturient musiał na przestrzeni trzech miesięcy, aby przedostać się ze szkoły średniej na studia, przejść przez aż dwie sesje egzaminacyjne – szkolną i uczelnianą – na których egzaminowano go mniej więcej z tego samego. Czy tego nie za wiele? Zauważmy, że obecny i bezpośrednio go poprzedzający system rekrutacji na studia opiera się na braku zaufania. Nie ufało się czteroletniemu Liceum Ogólnokształcącemu, że ono dobrze uczy, egzaminuje oraz ocenia maturzystów, dziś tym bardziej się nie ufa – skądinąd słusznie – owemu trzyletniemu tzw. liceum.

W następstwie tego również polskie uczelnie wyższe straciły wiele na zaufaniu, jakim je darzono jeszcze piętnaście lat temu. Nie ma się czemu dziwić, skoro cały system edukacji jest u nas od lat przemyślnie niszczony, a najlepszym środkiem na jego zniszczenie jest obniżanie jakości nauczania i wychowania, także na poziomie strukturalnym, czego wyrazem są takie formy organizacyjne, jak trzyletnie tzw. gimnazjum czy trzyletnie tzw. liceum.

Brzmi to wciąż jeszcze niewiarygodnie, ale jest boleśnie prawdziwe, że oto kilkudziesięcioosobowa rada jednego z akademickich wydziałów w wielkim mieście w Polsce (nie tylko tego jednego, niestety) zasłaniając się właśnie swoją świetlaną i ustawową autonomią, z pełną wiedzą i świadomością rzeczy nadała habilitację jednemu ze swoich ludzi – permanentnemu plagiatorowi i oszustowi, a gdy sprawa wyszła na jaw, to owa rada, wszakże autonomiczna, ponownie, na czele ze swoim dziekanem, przyznała mu tę habilitację, za tenże sam zbiór plagiatów i fałszywek, przedstawiony w postaci sześciusetstronnicowej książki – pliku zadrukowanego papieru! Kiedy oni zaczną nadawać lub po prostu sprzedawać stopnie naukowe za papier już nawet i niezadrukowany? Kiedy oni zaczną nadawać lub po prostu sprzedawać stopnie naukowe za papier już nawet i niezadrukowany?

Nie koniec na tym. Rektor owej wspaniałej uczelni oficjalnie, oczywiście w imię uczelnianej autonomii, zajadle bronił przed jakimiś żądnymi sprawiedliwości i prawdy intruzami, zarówno owej wielogłowej rady, jak i jej dziekana, jak i przede wszystkiem „czcigodnego” plagiatora. Ów rektor jest z tych „naukowców”, co to w ciągu roku swojego rektorowania potrafią być promotorami lub recenzentami kilkunastu prac doktorskich lub habilitacyjnych liczących po kilkaset stron każda. Przecież on żadnej z nich nie przeczytał, gdyż w tym czasie robił coś innego, lecz pomimo to nieznane sobie prace oceniał i o losie ich autorów decydował – dla „swoich” łaskawie, a dla „nieznajomych” różnie.

Doprawdy, niewiarygodne, lecz jednak prawdziwe! Historia ta – jak i liczne, niestety, jej podobne – zawiera jeszcze więcej pikanterii, o której tu już: wszakże zmilczymy. A wszystko to dzieje się za pieniądze podatnika!

Oto, do kogo posyłamy w złudnym zaufaniu tą wypieszczoną w sześcioletnim Gimnazjum młodzież!

Atoli pomiędzy szkołą średnią i wyższą (podobnie jak pomiędzy podstawową i średnią) działa znane sprzężenie zwrotne, i na jego zadziałanie liczymy. Napływ absolwentów sześcioletniego Gimnazjum Ogólnokształcącego, przygotowanych do studiów wyższych  nieporównanie lepiej od owych ostatnich piętnastu już, pokrzywdzonych „przez system” roczników, wywoła radość i nową chęć owocnej pracy u znacznej części nauczycieli akademickich, dla których sprawa (prawdziwej) nauki i (prawdziwego) nauczania wciąż jest droga. Ta okoliczność powinna jakoś ograniczyć zuchwalstwo owych pogardzających zagadnieniami naukowymi, acz utytułowanych osobników, o jakich wyżej wzmiankowaliśmy, a po upływie pokolenia lub może już pół-pokolenia, o ile nie zaszłyby jakieś niekorzystne zmiany, przynieść na polskie uczelnie wyższe tak bardzo pożądane oczyszczenie. Odrodzenie zaś uczelni wyższych korzystnie wpłynie na cały kraj.

 

Koedukacja a „gender”

 

Skoro mowa o odbudowaniu szkoły średniej oraz o odrodzeniu akademii i całego kraju, niech będzie wolno piszącemu niniejsze zasygnalizować jeszcze tylko jedną kwestię szkolną, aczkolwiek nie związaną bezpośrednio z „ramowym planem nauczania”, lecz pośrednio już tak.

Oto szkolna koedukacja, obejmująca dziś już trzecie pokolenie, acz przez tak liczne wieki naszym czcigodnym przodkom nieznana, przynosi rozliczne i gołym okiem dostrzegalne konsekwencje, które są tematem na osobny długi cykl artykułów. Jedną z tych dalekosiężnych konsekwencji jest – proszę nie zaprzeczać – treść, forma i sam fakt odczytania w polskich świątyniach, w ostatnią niedzielę roku 2013, „listu pasterzy Kościoła katolickiego w Polsce” w nader zagadkowej sprawie „gender”. Dodajmy, skoro relacjonujemy niedawne wydarzenia, że trzy dni później sprawę niejako przejęła Telewizja Polska, przypominając zgodnie z zapowiadanym wcześniej noworocznym programem znaną komedię sprzed trzydziestu lat pt. „Seksmisja”, w reżyserii Juliusza Machulskiego, będącą dziełem najwyraźniej „antygenderowym”.

Aliści ta sama stacja nadawcza po upływie kilku kolejnych dni przedstawiła w wieczornych wiadomościach sugestywny felieton z ćwiczeń żeńskiego batalionu Oddziałów Prewencji Policji – zupełnie jak z „Seksmisji”. Podobno demonstrujący górnicy, związkowcy, kibice i narodowcy w oddział żeński mniej rzucali kamieniami niż w oddział męski. Lecz i to jest okoliczność wciąż jeszcze „pozagenderowa” – rzucający nadal rozróżniali płeć przeciwnika.

Co to ma wspólnego z tematem niniejszego artykułu? Otóż ma. Skoro bowiem doszło już do tego, o czym zdecydowali się nie bez obaw zakomunikować wiernym hierarchowie Kościoła w Polsce, to będzie dobrze, gdy tworząc prezentowane tu sześcioklasowe Gimnazjum powoła się w nim od razu przynajmniej oddzielne klasy – męskie i żeńskie, a tam, gdzie to jest obecnie możliwe do urzeczywistnienia, oddzielne szkoły, lub zespoły składające się ze szkoły męskiej i żeńskiej; w wielu miejscach na świecie wciąż jeszcze tak jest.

Skoro mowa o sprawach kościelnych, trzeba tu wspomnieć, że takie właśnie posunięcie nareszcie przybliży średnią szkołę polską do modelu zarysowanego w sławnej, lecz uparcie przemilczanej encyklice Divini Illius Magistri – O chrześcijańskim wychowaniu młodzieży.

Tak, będzie się zdarzało, że w lekcjach „wybranych przedmiotów kierunkowych” w klasach V i VI uczestniczyć będą mieszane męsko-żeńskie grupy uczniów. No cóż, tak właśnie będzie. Trzeba to potraktować np. jako niegroźny relikt systemu koedukacyjnego. Takich reliktów, o ile cała szkoła nie stanie się albo męska, albo żeńska, zdarzy się więcej. Weźmy np. zajęcia z tańca towarzyskiego (nie do uczciwego przeprowadzenia w szkole tylko męskiej lub tylko żeńskiej) lub zajęcia ze śpiewu, w których z jakiegoś powodu weźmie udział chór mieszany, albo zajęcia fakultatywne, nadliczbowe, kółka zainteresowań, lekcje wybranego nowożytnego

języka obcego m. w szkole istnieje też życie międzylekcyjno-korytarzowe, boiskowe oraz polekcyjne, a obok tego imprezy, apele, przedstawienia czy rekolekcje dla całej szkoły.

Dążmy zatem roztropnie do obranego celu nie lekceważąc bieżących uwarunkowań. Instytucja szkolna musi być bowiem tak zbudowana, aby miarowo, skutecznie i twórczo działała dzień za dniem. Znakiem zaś naszych czasów pozostaje to, że licznych opisanych wyżej szkolnych oczywistości wciąż w naszej Republice nie wolno jest wdrożyć w codzienne życie. Jak długo jeszcze?

 

 

 

Porównaj: tegoż autora, „O szkołę katolicką w Polsce”, „Arcana” 16 (4/1997)

 

 

Marcin Drewicz

 

dr Marcin Drewicz (ur. 1966) – socjolog, historyk, publicysta; ostatnio zajmował się historią społeczną Polski okresu II Rzeczypospolitej. Opublikował m.in.: Prawo o wywłaszczeniu ziemian i likwidacji większych majątków ziemskich w Polsce w latach 1919–1952 (2007), Głęboka przemiana rewolucyjna: sejmowa debata nad reformą rolną w Polsce w 1919 roku (2009), Polskie wybory 1919: agitacja w pięciu tygodnikach : „Gazeta Świąteczna”, „Zorza”, „Wyzwolenie”, „Rząd i Wojsko”, „Piast” (2011).


Ostatnie wiadomości z tego działu

Prof. Nowak: Pracujmy nad tym, by zwolenników niepodległości przybywało

Prof. Nowak podsumowuje 2017 rok: właściciele III RP nareszcie odsuwani od władzy

prof. Nowak: Przypomnienie samego 1918 roku nie wystarcza, by zrozumieć czym jest niepodległość

The New York Times vs. Polish history

Komentarze (2)
Twój nick:
Kod z obrazka:


gosia
15.06.2014 0:37
Ja się zdecydowałam na studia zaoczne z podatków na WSB we Wrocławiu, bo w tym kierunku widzę nadzieję na pracę po ich ukończeniu. Teraz też biorę udział w konkursie na uczelni "Przyszłość z WSB" i liczę, że uda mi się wygrać rok studiów za darmo :)
Jan
18.04.2014 13:05
Stwórzmy studia w systemie 4+1. 4 lata to, na większości kierunków, wystarczający okres na solidne podstawowe studia dające pierwszy dyplom zawodowy,kolejny piąty rok przeznaczony przede na magisterium-wyższy tytuł zawodowy.Niektóre kierunki(prawo,psychologia)-5-letnie magisterskie.Kierunki studiów nie mogą być tworzone według zasad PR,to muszą być podstawowe dyscypliny.Taki system powinien być uzupełniony o rozbudowane studia podyplomowe o różnym charakterze- w zależności od zapotrzebowania.

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wszystkie opinie są własnością piszących. Ponadto redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy wulgarnych lub nawołujących do nienawiści.

Wyszukiwarka

Reklama

Facebook


Wszystkie teksty zamieszczone na stronie są własnością Portalu ARCANA lub też autorów, którzy podpisani są pod artykułem.
Redakcja Portalu ARCANA zgadza się na przedruk zamieszczonych materiałów tylko pod warunkiem zamieszczenia informacji o źródle.
Nowa odsłona Portalu ARCANA powstała dzięki wsparciu Fundacji Banku Zachodniego WBK.