Arcana 121: polska szkoła ma być fabryką konsumentów

Co pewien czas, zwykle w klimacie poświątecznych remanentów, dzienniki donoszą, że polska szkoła nie dorasta do aktualnej fazy reformy edukacji. W szczególności zaś nie dorastają do swej roli nauczyciele, starając się nadal realizować swe powołanie w duchu oświecania umysłów i serc. Próbuje się nas przekonać, że musimy zapomnieć o dawnej relacji: mistrz – uczeń. Rola nauczyciela w XXI w. ma być zupełnie - pisze Agnieszka Kurnik na łamach Arcanów.
04.05.2015 13:08

Zmiana społeczna, w której kleszczach aktualnie tkwimy, przynosi cały szereg niekorzystnych zjawisk, będących pochodną „radośnie twórczego” reformowania wszelkich dziedzin życia. Nie można się zatem dziwić, że w zmieniającym się świecie próbuje się także podejmować szereg działań zewnętrznych, mających charakter obligatoryjny a manipulatorski; działań związanych bezpośrednio z kolejną odsłoną „renowacji” myślenia o szkolnictwie i oświacie. Wszechobecna standaryzacja i profilowanie dotarły także nad Wisłę, zatem w publikacjach naukowych nieustannie porusza się problematykę, związaną z optymalizacją standardowych profilów współczesnych: nauczycieli i uczniów. Dotychczasowy obraz mistrza, będącego wzorem dla wychowanków, i adepta, początkowo podążającego za jego myślą, potem zaś – jak pragnęli mędrcy – przerastającego go, zostają zastąpione ich unowocześnionymi modelami.

Wymagania, stawiane nauczycielowi współczesnemu są tyleż ogólne, co eklektyczne. Nauczyciel powinien być „profesjonalny”, także w zakresie osądu nad sobą samym. Ma zatem dokonać opisu rzeczywistości i ją objaśniać. Ma być kreatorem nowych idei – poglądów o charakterze uniwersalnym. Co więcej, ma także stwarzać (sic!) nowe wartości. Nauczyciel – jak futurolog – powinien ostatecznie wskazywać kierunek zmian, które zachodzą we współczesnym świecie, by w tym kontekście interpretować to, co w danym momencie przynosi ze sobą życie. Mało tego, nauczyciel winien także dysponować wiedzą o własnej osobowości – ten komponent określa się mianem: „teorii samoaktualizacji nauczyciela”. Powiada się zatem o aktualizacji samego siebie, o samorealizacji, samowychowaniu, przekraczaniu siebie[1]. Szanse rozwojowe mają osoby o, m.in. jak powiada Abraham Maslov „demokratycznej strukturze charakteru” (cokolwiek to oznacza)[2], przy koniecznym w każdym wypadku zintegrowaniu osobowości. Zintegrowanie to, według Ericha Fromma, daje jednostce siłę i pozwala na ciągłe doskonalenie rozwojowe[3]. Nauczyciel musi zatem dysponować wysokim stopniem samoświadomości – ale i odpowiednią samooceną. Innymi słowy: „musi znać prawdę o sobie”. Przy czym, jak precyzuje to charakterystyka modelowej samooceny: „wiedza o sobie powinna być pełna, dokładna i prawidłowa”[4]. Nic dodać, nic ująć. Kolejna to odmiana utopijnego, życzeniowego myślenia, z założeń której może nie wynikać nic, albo dużo więcej, niż zostało dosłownie powiedziane.

W zalewie dokumentacji i biurokratyzacji życia, wypełniając papierek za papierkiem, gubimy sens i cel edukacyjnych reform, podczas gdy samą edukację czyni się jednym z głównych narzędzi zewnątrzsterownej zmiany społecznej. W zalewie dokumentacji i biurokratyzacji życia, wypełniając papierek za papierkiem, gubimy sens i cel edukacyjnych reform „Rewolucja” ta jest coraz bardziej dolegliwa tak dla środowiska nauczycielskiego, jak i naukowego, wliczając tu dydaktyków akademickich, zmuszonych m.in. do wypełniania sylabusów i „ukonkretniania” każdego kroku. Tymczasem może być jeszcze gorzej – aż strach się bać. Dość przypomnieć, że w szkołach tradycyjny – lekcyjny paradygmat działań pedagogicznych ma obecnie zostać zdominowany przez działania o charakterze wychowawczym, profilaktycznym i terapeutycznym (jednak jak nakierowanym?). Co gorsza zaś, działania dydaktyczne, związane z systematycznym przekazem wiedzy wydają się tracić na wartości. Ich miejsce zajmują natomiast utopijne przesłanki o konstruktywistycznym charakterze, ubrane w modny strój twórczej inwencji i postępu cywilizacyjnego (komputeryzacja, cyfryzacja, itp.). Zgodnie z tą teorią, w szkole rezygnuje się z systematycznego przekazu wiedzy na rzecz „twórczego” jej poszukiwania.zajrzyjdoksiegarni_120

Jedną z form owego poszukiwania wiedzy jest szerokie otwarcie szkoły na wpływy natury politycznej i ideologicznej, a także kształcenie młodych ludzi do stałej zmienności ról i nieustannej otwartości na zmiany. Szkoła ma zatem ambicje kształtowania uczniów do pełnienia roli obywateli świata, ludzi, których korzenie są wszędzie i nigdzie. Dominuje model postępowej „zmienności”, także w obszarze własnej płciowości (vide: ideologia gender, aktualnie wprowadzana do szkół i przedszkoli). Jednocześnie jednak ważnym elementem nauczycielsko–uczniowskiej symbiozy jest pragnienie, by uczniowie byli „krytyczni”, „zdystansowani do świata” i „nakierowani na własny rozwój”. Pytanie brzmi: krytyczni – wobec kogo i czego?

Po co te wszystkie zmiany i czemu one właściwie służą? W artykule: Teoretyczne podstawy neoliberalizmu a jego praktyka[5] Eugenia Potulicka zarysowuje istotę niekorzystnych przemian edukacyjnych, będących dziełem skrajnych neoliberałów. Ci ostatni potraktowali postulat czynienia sobie ziemi poddaną tak dosłownie, że teraz, z pomocą międzynarodowych organizacji i rozmaitych lobbies próbują przejąć nad światem globalną kontrolę. Kpiący ze spiskowych teorii dziejów zdziwią się zapewne stanowczym głosom Eugenii Potulickiej i Joanny Rutkowiak, że oto neoliberalne gremia mają pewien zawoalowany plan zarządzania światem, pragnąć wpływać na wszystkie niemal dziedziny życia[6]. Jedną z nich jawi się edukacja, obecnie zdominowana poprzez włączenie jej w orbitę wolnego rynku. Działania te mają charakter globalny, są coraz bardziej widoczne, a jednocześnie wywołują tak wielką traumę, że warto przyjrzeć się im z bliska.

           

Świat jako wolny rynek

Zacznijmy od samego terminu „neoliberalizm”. Podobnie jak liberalizm z różnorodnymi jego odmianami – jest on niezwykle trudny do zdefiniowania. W istocie, jak twierdzi za Naomi Klein Eugenia Potulicka, neoliberalizm ma charakter ideologii-kameleona[7]. Tym samym jego tożsamość i nazewnictwo ulegają nieustannym zmianom. Zwolennicy neoliberalizmu, w zależności od okoliczności, nazywają siebie „przedstawicielami ekonomii klasycznej”, „wolnorynkowej”, bądź „leseferystami”. Zdarza się też, że neoliberalizm jest utożsamiany z trzecią fazą globalizacji (określenie W. Morawskiego) a zatem z fazą zarządzania „globalną wioską” za pomocą zmiennej strategii[8].

Jedną z obsesji neoliberałów jest programowy egocentryzm i indywidualizm. On także leży u podstaw fałszywego rozumienia wolności, która – gdy nie jest podporządkowana prawdzie o godności człowieka – zostaje zredukowana do „wolności silniejszego”, dominującego nad słabszym. Wolność dla neoliberała oznacza zamknięcie się w sobie, ograniczenie do własnych, egoistycznych celów: walki o przetrwanie na rynku, bycia skutecznym, osiągania zysków. Jednak generalnie liberalna filozofia wolności jest skażona fundamentalnym błędem z uwagi na – jak pisze ks. Tadeusz Ślipko – „naturalistyczną antropologię i zawartą w niej dominację passio nad ratio[9]. I ten właśnie model myślenia w sposób mniej lub bardziej zakamuflowany jest przeszczepiany do szkół i placówek edukacyjnych różnych szczebli – także w Polsce.

            Prywatyzacja przekonań i celów każe neoliberałom walczyć o oddzielenie sfery edukacji od sfery państwowości. Prywatyzacja edukacji jest tu jednak przyczynkiem do jej utowarowienia. Prywatyzacja przekonań i celów każe neoliberałom walczyć o oddzielenie sfery edukacji od sfery państwowości.  Dominują także tendencje do uzawodowienia kształcenia, zaś ostatecznie – przystosowanie ucznia do konkretnej pozycji społecznej, którą ma w przyszłości zajmować. Rynek staje się zatem półbogiem, prawodawcą, dysponentem reguł. Używając terminologii liberalnej – jest „etyką samą w sobie”[10]. Tym samym wszelkie wcześniejsze systemy i przekonania etyczne tracą rację bytu. Zastępuje je, jak nietrudno się domyślić, makiaweliczna zasada: cel uświęca środki. Celem neoliberalnego kształcenia jest jak największa wydajność jednostek – wydajność mierzalna za pomocą punktacji, osiągniętej w testowych egzaminach zewnętrznych różnych typów[11]. Wysoka wydajność służy „produkowaniu” ludzi, dla których jedynym miernikiem jakości ich pracy będą osiągane zyski. Z racji wspomnianej wcześniej, obsesyjnej autonomizacji i prywatyzacji spojrzenia na edukację jednostka, mimo pozorów wykształcenia, staje się ostatecznie jedynie atomem, walczącym agresywnie o własny sukces na rynku w oparciu o własną wydajność, bilans zysków i strat. Wydajność – dodajmy – z racji uzawodowienia kształcenia rozumianą raczej wąsko.arcanapodwojne_800

Co stanowi cel osiągania zysku? Celem tym jest konsumpcja sama w sobie. Szkoła współczesna ma zatem ambicje wychowywania i kształtowania idealnych konsumentów i producentów – z ograniczonym pułapem krytycyzmu wobec zachodzących wokół zjawisk. Sama konsumpcja ma napędzać produkcję – i tu koło się zamyka. Z takich założeń wynika konieczność całkowitego przemodelowania osobowości ucznia i przeniesienia akcentów wychowawczych z wewnątrzsterowności – ku zewnątrzsterowności. Temu samemu celowi służy obsesyjna centralizacja zarządzania edukacją, gdzie rządzą zasady menedżerskie, żywcem przeniesione z biznesu, wdzierające się także na teren uniwersytetów. Tym samym mowa o „produkowaniu” absolwentów ma tu rację bytu. System szkolny i uniwersytecki ma odtąd funkcjonować jak Fordowska taśma, z której co jakiś czas (możliwie często) zjeżdża gotowy do sprzedaży „produkt”, czyli absolwent szkoły wyższej.  System szkolny i uniwersytecki ma odtąd funkcjonować jak Fordowska taśma, z której co jakiś czas (możliwie często) zjeżdża gotowy do sprzedaży „produkt”, czyli absolwent szkoły wyższej. Maksymalnej instrumentalizacji działania uniwersytetów towarzyszy stały spadek nakładów na edukację – a ostatecznie przerzucenie ciężarów finansowych na samorządy lokalne. Wszystko to razem, z uzawodowieniem kształcenia, do którego kształci się jak najwcześniej – już w szkołach podstawowych – rodzi zapaść edukacyjną, obserwowalną już od dawna w krajach wysoko rozwiniętych (m.in. w USA i Wielkiej Brytanii).

Wizja takiego systemu, w którym absolwent jest „produktem” jest jednak wewnętrznie sprzeczna. Bowiem narzuca się tu pewien model rzekomo „otwartego” kształcenia, a z drugiej strony nie rezygnuje się z zewnątrzsterowności i nachalnego propagowania własnej wizji świata nie wymagającej myślenia w kategoriach tradycyjnej moralności. Biorąc pod uwagę, że myślenie w kategoriach moralnych w krajach wysoko rozwiniętych z racji kroczącego sekularyzmu zanika (tradycyjna etyka i moralność zostaje zastąpiona „etyką rynku”) – jednostki pozostawać będą przeto poza tradycyjnie rozumianym dobrem i złem moralnym, gdyż jedyną instancją, mogącą rozstrzygać o dobru i złu jest tzw. „niewidzialna ręka rynku”[12].

 

(...)

Agnieszka Kurnik

 

To tylko pierwsza część artykułu. O genezie neoliberalizmu w polskiej edukacji więcej przeczytasz w 121 numerze ARCANÓW.



 


Ostatnie wiadomości z tego działu

Nowy 145-146 numer dwumiesięcznika ARCANA!

Jan Olszewski o tym, że polskość to normalność

Nowy 144 numer dwumiesięcznika ARCANA!

Zatrważające dane: „W 2015 roku ponad 50% imigrantów z Czarnej Afryki żyło z transferów socjalnych”

Komentarze (0)
Twój nick:
Kod z obrazka:



Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wszystkie opinie są własnością piszących. Ponadto redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy wulgarnych lub nawołujących do nienawiści.

Wyszukiwarka

Reklama

Facebook


Wszystkie teksty zamieszczone na stronie są własnością Portalu ARCANA lub też autorów, którzy podpisani są pod artykułem.
Redakcja Portalu ARCANA zgadza się na przedruk zamieszczonych materiałów tylko pod warunkiem zamieszczenia informacji o źródle.
Nowa odsłona Portalu ARCANA powstała dzięki wsparciu Fundacji Banku Zachodniego WBK.