Pióro bywa jak miecz

W dniu 16 maja 2014 r., w wieku 79 lat, zmarł Marek Nowakowski, m.in. autor Arcanów i przyjaciel naszego środowiska. Wraz z tą smutną wiadomością publikujemy esej prof. Urbanowskiego na temat prozy wielkiego pisarza.
16.05.2014 22:56

Pióro. Autobiografię intelektualną Marka Nowakowskiego przeczytałem jednym tchem. To w moim przekonaniu jedną z najciekawszych książek ostatnich lat. Jest to też dzieło charakterystyczne dla pewnych tendencji w najnowszej prozie polskiej, w tym także w najnowszej prozie samego Nowakowskiego.

Pióro stanowi bowiem kolejny fragment nieformalnego fresku autobiograficznego, jaki tworzą publikowane w ostatnich latach książki Nowakowskiego, takie jak Powidoki, Nekropolis, Kryptonim „Nowy”, czy nawet Syjoniści do Syjamu, do których to dzieł można dodać na przykład wspomnieniową gawędę Proces poszlakowy, drukowaną kilka lat temu na łamach „Arcanów” i opisującą wyzwalanie się z młodzieńczych fascynacji bolszewizmem autora Silnej gorączki.

Wpisuje się zarazem Pióro w szereg utworów reprezentujących zjawisko pt. PRL w autobiografii, jak rzecz określono w krakowskiej „Dekadzie Literackiej”, która zresztą poświęciła temu zagadnieniu cały, osobny numer  w roku 2007. Znalazły się w nim m. in. wspomnienia Franciszka Ziejki i Leszka Szarugi, recenzje Pamięci i tożsamości Jana Pawła II, a także autobiografii Krzysztofa Kieślowskiego, Marty Wyki, Sławomira Mrożka… Co przypominam, aby zarysować jeden z kontekstów, w jakich można czytać Pióro.

Jest też oczywiście kontekst najszerszy – inwazja autobiografizmu do prozy nowoczesnej, także tej polskiej. Pisało autobiografie wielu polskich pisarze, od Gombrowicza i Miłosza począwszy, na Stasiuka skończywszy. Autobiografie są bardzo popularne i dzisiaj, piszą je (lub piszą im) także aktorzy, piłkarze, piosenkarze, celebryci. Lubimy je czytać, nawet jeżeli nie pamiętamy, czy nie rozumiemy słów Brzozowskiego, że „Co nie jest biografią — nie jest w ogóle”.

 

2.

 

Na tym bogatym tle Pióro Nowakowskiego jest niezwykłe nie tylko z powodu autora, jednego z najważniejszych polskich pisarzy drugiej połowy XX wieku i początku wieku XXI. Ważne, ciekawe jest i to, że książka ta łączy w sobie kilka fascynujących opowieści naraz.

Jest ono przecież, zgodnie z podtytułem, autobiografią intelektualną, której zasadniczym tematem jest wewnętrzna, duchowa niejako historia bohatera, dzieje przygód jego umysłu. Ale autobiografia intelektualna Nowakowskiego silnie się splata z opowieścią o jego rówieśnikach, a tym samym autobiografia pisarza staje częścią biografii pewnej generacji, określanej zwykle mianem pokolenia „Współczesności”. Jest w Piórze subiektywna historia PRL-u, gdyż żywota własnego narratora nie sposób zrozumieć bez zasygnalizowania chociażby za pomocą kilku kresek  tego, co działo się z Polska po roku 1945. No i jest jest jeszcze w Piórze oryginalnie portretowana rodzinna Warszawa, miasto knajp, spelunek, melin, kawiarń, miasto – jak zawsze u Nowakowskiego – widziane z charakterystycznym dlań „erotycznym urzeczeniem”, że posłużę się formułą Tomasza Burka.

 W Piórze dzieje jednostki splatają się więc z dziejami zbiorowości, autobiografia prywatna nakłada się na biografię wspólnoty pokoleniowej i narodowej. Książka Nowakowskiego jest, że posłużę się klasycznym rozróżnieniem Małgorzaty Czermińskiej, jednocześnie wyznaniem i świadectwem. Narracja, nieustannie oscylując w Piórze między historią prywatnym i publicznym, odsłania, jak silnie owa prywatność kształtowała się pod ciśnieniem okoliczności zewnętrznych, jak wielkim była poddawana presjom, jak trudno było uniknąć pułapek, pokus, a czasem też i wyzwań czyhających nań ze strony świata zewnętrznego.

 

3.

 

Zacznę może od obrazu pokolenia „Współczesności”, które w oczach Nowakowskiego jest z jednej strony kolejnym tragicznym pokoleniem w dziejach polskiej kultury, z drugiej zaś strony to jeszcze jedna w niej artystyczna cyganeria, nie tak znowuż daleką od cyganerii znanych z powieści Brzozowskiego, Berenta, Witkacego czy Uniłowskiego.

Świadom tego, Nowakowski przywołuje zresztą gdzieś Cyganerię Murgera i „kiczowate”, jak je nazywa, powieści Przybyszewskiego, aby lepiej oddać fenomen pokolenia „Współczesności”. Inny jest historyczny kontekst, ale podobne zachowania, gesty, takie samo zwłaszcza jest „cygańskie” marzenia o wolności. Jest w nim zawarty bunt przeciw przeciętności, skundleniu i zniewoleniu, ale w PRL jak najbardziej realnemu i bolesnemu. Są te same „cygańskie” remedia na zniewolenie i nudę: alkohol, wędrówki po knajpach, niechęć do życiowej stabilizacji, kobiety. Jest fascynacja pół-światkiem kryminalnym, rozmaitymi wykolejeńcami, awanturnikami i mitotwórcami, „rycerzami nocy”, jak ich kilkakrotnie nazywa, trochę żartobliwie, ale i przecież serio nazywa Nowakowski, łamiącymi konwenanse, za nic mającymi „dzienne” normy, określające egzystencje ludzi pogodzonych z rzeczywistością, poprawnie myślących mieszczan na służbie niby-rewolucyjnej ideologii. „Rycerze nocy”, bo bliski jest cyganom Nowakowskiego, a bardziej nawet jemu samu, etos rycerski, z jego wiernością takim, nieobecnym w otaczającym go świecie, wartościom jak honor, niezłomność, niepokorna, odwaga, zmysł ryzyka. Świat peerelowskich strasznych mieszczan jest przecież światem grzęznącym w błocie, nicości, nudzie. „Mówiło się o takich, nie pękają”, pisze gdzieś z podziwem autor Pióra o jednym ze swoich znajomych z Włoch. Słowa innego „rycerza nocy” – „Mówię wam, kurwa, tu się nic nie zmieniło. Okupacja, szkopy, potem ciubaryki, ciągle to samo. Pod obcasy biorą całość, kurwa! Ale my się nie dajemy, robimy swoje, kurwa…” – zapamięta na zawsze. Będzie je traktował jako „swoiste credo wszystkich zbuntowanych, niepokornych, pragnących żyć po swojemu.”

Nie dziwi nas w tym kontekście określenie swoich rówieśników mianem „zakonu”, czy wyznania Nowakowskiego, że „pióro bywa jak miecz”, a nawet, że „pióro może być mieczem”. W PRL cyganie chcąc być rycerzami nocy, musieli stworzyć „niezależne księstwa na papierze”. Tam, w sztuce, mogli niepodzielnie panować.

Nowakowski ciekawie pisze o sprzecznościach rozdzierających jego samego i jego rówieśników. Pisze, iż urodzeni jak on w latach 30. XX wieku byli pokoleniem przedwcześnie dojrzałym, dorastającym w czasie wojny i w okresie powojennej sowietyzacji Polski, a więc w okresie skażonym przemocą, złem, kłamstwem i strachem. Ale też – jak podkreśla – stąd się brało tak znamienne dla wielu jego kolegów „dziecinne pragnienie czegoś wzniosłego, czystego”.

U początków tej formacji pojawił się więc bunt przeciw podłości i nieczystości świata zbudowanego przez starych. Pasja czystości, ale też gniew, pragnienie niezależności i swobody, tak naturalne w okolicach roku 1956. Początki są pełne entuzjazmu i wiary. „Działali dziko, na zewnątrz państwowego obiegu”, pisze Nowakowski o pierwszym okresie działania tygodnika „Współczesność”. „Wydawaliśmy się sobie kapłanami wyzwolonej sztuki, awangardą, która wprowadza nowe porządki”, „pragnęliśmy czegoś wolnego, żywiołowego, poza podporządkowaną pokornie całością, bardzo poszukiwaliśmy”, „nie rozmawialiśmy prawie nigdy o polityce, partii, władzy”. Tak powstawały „małe enklawy wolności”, takimi enklawami były pisma. Raz po raz wracają w Piórze słowa „wolność” i jego synonimy, takie jak „swoboda”, „rozwichrzenie”, „anarchia”, „dzikość”...

Ale też świetnie opisując ową, swoją, cyganerię, Nowakowski jest jej serdecznie ironicznym sędzią. Potrafi napisać, że „żałośnie uboga była ta nasza młodość”, albo: „Wielu z nas stawało się kieszonkowymi dekadentami epoki socjalizmu”. Kieszonkowymi, bo jak zawsze bunt się ustateczniał, albo ograniczał do schematycznych gestów. Ale też komuniści potrafili ów bunt spacyfikować, oswoić,  pokazując go jako, na przykład, „mały realizm” albo jako „nadwiślańskich bitników”, a więc jako bunt pozorny, wtórny i – o zgrozo! – niepolski, zatruty miazmatami z Zachodu.

Nieufny jak zawsze wobec myślowych abstrakcji i schematów, Nowakowski pisze o swoim pokoleniu portretując konkretne jednostki. Pokazuje w ten sposób zresztą, jak różnie biegły losy jego rówieśników, owych „wolnych strzelców”, jak ich gdzieś nazywa. Raz po raz wraca w jego opowieści Andrzej Brycht czy Stanisław Grochowiak. Jest portret Bogdana Wojdowskiego i Edwarda Stachury. Mignie Marek Hłasko czy – „śliski” – Aleksander Minkowski. Są  zapomniani, tragiczni, chyba warci ponownej lektury pisarze tacy jak Jerzy Falkowski, Leszek Płażewski, czy Marian Ośniałowski.

Świetne są te mini-portrety, znakomicie, za pomocą ledwo kilku kresek, paru szczegółów Nowakowski charakteryzuje ludzi, którzy odegrali jakąś rolę w jego intelektualnym życiu. Charakteryzuje ich zresztą jakby nie wykonując ostatecznego ruchu piórem, nie stawiając końcowej kropki czy też kreski, jakby nie potrafiąc, a nawet nie chcąc wydać końcowego osądu, kim był dany człowiek. „Kim jest? Żydem czy Polakiem… Nieustannie zadawałem sobie to pytanie?” – to o Wojdowskim. „Więc kim był? Cyniczny gracz, karierowicz, pogodził się z panowaniem diabelskich sił, nie posiadał żadnych poglądów? Tyle pytań cisnęło się na usta” – to z kolei fragment „portretu” Jerzego Andrzejewskiego. Wspominając Władysława Terleckiego, Nowakowski pisze, że rozmawiając z nim, nigdy nie miał poczucia nieufności. Był więc zaskoczony, gdy po latach dowiedział się, że ten, zdawałoby się aprobujący status quo, pisarz przez lata współpracował konspiracyjnie z Radiem Wolna Europa. „Nikt z nas nie podejrzewał go o tę dwoistość i tak doskonały kamuflaż”, komentuje po latach autor Pióra.

Czytając takie charakterystyki przekonujemy się, jak dalece miał rację Burek podkreślając, iż człowiek w prozie Nowakowskiego jest ostatecznie „w ostatnich swoich rezerwach [kimś] niewiadomym. Niewiadomym i nieprzeniknionym”.

 

 

 

4.

 

Człowiek Nowakowskiego jest zakamuflowany. Kamuflaż to jednak także cecha PRL-u, jaki wyłania się z Pióra.

W literaturze polskiej Polska Ludowa ma oczywiście rozmaite oblicza. W tej najnowszej zwykle nie jest rajem, częściej groteskowym, zabawnym kabaretem (np. Jerzy Pilch), rzadziej – więzieniem (zob. Janusz Krasiński).

U Nowakowskiego Polska Ludowa jawi się jako „trudny do rozwikłania kłąb”, w którym „artyści, komuniści, esbecy, donosiciele, ludzie niezłomni i sprzedajni […] powiązani [są] często w przedziwne konfiguracje”. Dominuje tu właśnie owo prawo kamuflażu, gry, teatru, mającego na celu ukrywanie prawdy i konformistyczne odgrywanie pożądanych przez Państwo ról. Jak zauważa gdzieś Nowakowski „kamuflaż był wszędzie, ściślej mówiąc zakłamanie, w redakcjach, wydawnictwach, objawiał się w sztucznej, specyficznej mowie, cwanym omijaniu niebezpiecznych tematów, gorliwym potakiwaniu i aprobacie obowiązujących poglądów. Jedni kontrolowali drugich, posługując się wypróbowanym narzędziem donosów”.

Taki PRL był wrogiem prawdy, ale też wszystkiego, co wykraczało poza normy poprawności, co było „skażone” grzechem nonkonformizmu, osobności, dzikości, autentyczności. Ów PRL jako kłąb kłamstwa i kamuflaż prawdy pokazuje Nowakowski w paru kapitalnych scenkach, na przykład wspomnieniach o przesłuchiwaniu go pisarza przez bezpiekę.

 

5.

 

Tym samym powoli zbliżamy się do centralnego tematu Pióra, a więc do opowieści o samym autorze, a ściślej o literackiej części jego biografii.

Nowakowski opowiada o jej początkach, a więc o latach 1957-1965, o okresie, który rozpoczyna się publikacją debiutanckiego opowiadania Kwadratowy na łamach „Nowej Kultury”, a kończy gdzieś w roku 1965, kiedy narrator czeka na publikację Zapisu, jego piątej książki i – dodam – kiedy rodzi się piszący te słowa. W środku jest fascynująca opowieść o perypetiach Nowakowskiego z cenzurą, o jego znajomych, o sporach z rodzicami, nieudanych próbach napisania wodewilu o Czarnej Mańce, o współpracy z tygodnikiem „Nasz Sklep”, czy wspomnianej próbie werbunku przez SB po publikacji Benka Kwiaciarza….

Autoportretem artysty z czasów PRL-owskiej młodości nazwał ten wątek Pióra Tomasz Mizerkiewicz. Dośc trafnie, bo trochę jak u Joyce’a jest to autoportret zaskakujący, ironiczny, daleki od sentymentalizmu. Opowiada nam bowiem Nowakowski o dylematach, przed jakimi stawał wkraczając do literatury i postanawiając zostać pisarzem. Co to znaczy być pisarzem, ale też: jak być pisarzem wiernym sobie? Wiernym sobie, a więc tematom i wartościom? Co to w ogóle znaczy – być prawdziwym pisarzem? Czy jest nim na przykład taki Kazimierz Brandys, autor stalinowskich koszmarów, potem dystyngowany, paryski intelektualista? Czy prawdziwym pisarzem jestem nim ja? Czy można pisać wbrew sobie? Dla pieniędzy? Dla sławy? Wbrew prawdzie i wbrew własnemu sumieniu? Wbrew rodzinie, która woli, aby pisarz był raczej prawnikiem, i która na debiut pisarza wyznaje, iż wolałaby pisanie „trochę bardziej w stylu Żeromskiego”, nie zaś „epatowanie” wulgarnością.  „Łobuzeria, przestępcy, żadnych porządnych ludzi”….

Raz po raz wracają w Piórze te pytania i dylematy. Wraca metafora pisania jako chaotycznej wędrówki. Mówi Nowakowski o sobie: „poruszałem się po omacku”, albo: „było to przeświadczenie intuicyjne, kręta droga pełna zapadlisk, nieraz się gubiłem”. Jego książka zresztą nie daje odpowiedzi ani czytelnikowi, ani samemu bohaterowi na stawiane przezeń pytania. Na ostatnich stronach Nowakowski wyzna zresztą: „Dlaczego ni stąd, ni zowąd zacząłem pisać i przewróciło się całe moje życie – nadal pozostawało bez odpowiedzi”.

Być może zresztą ów brak jest jakąś odpowiedzi? A może nawet odpowiedzią jedyną?  Być może u źródeł prawdziwej literatury jest właśnie brak odpowiedzi na zasadnicze pytania i gorączkowa próba szukanie na nie odpowiedzi. W chwili gdy ta wiedzę uzyskamy, przestajemy być pisarzami, artystami?

Ale równie paradoksalny, a przynajmniej zaskakujący, jest specyficzny estetyzm Nowakowskiego, jego kult literatury, swego rodzaju kult sztuki dla sztuki, traktowanej jako domena wolności, swobody, jako azyl wobec tego, co upaństwowione, ujęte w kagańce poprawności, nieautentyczne, zakłamane. Nowakowski, wrzucany od lat 60. do szufladki (małych) realistów, piewców marginesu, jest zaciekłym obrońcą autonomii literatury, kapłanem sztuki, romantykiem! „Pielęgnowałem romantyczny mit o kapłanach sztuki, literatury w szczególności”, wspomina, a gdzie indziej pisze: „Literatura była dla mnie czystą sprawą, bez żadnych podpórek, kompromisów, pokrętnych machinacji.” I jeszcze jedno wyznanie: „uważałem, że literatura może ludźmi potrząsnąć, otworzyć im oczy, pokazać parszywość istnienia i zasiać ziarno szansy na sprzeciw, bunt”.

Dla Nowakowskiego pytanie „czy jestem pisarzem” jest (było) ściśle związek z innym: „czy zachowuję niezależność”,  „czy jestem wolny”. Stąd tytułowe pióro: jako symbol pisarstwa i pisania, a więc literatury, ale też jako konkretny przedmiot służący do „wyszarpywania sobie wolności”, jak to ładnie nazwie autor na ostatnich stronach swej opowieści. A zarazem pióro jest tu w opozycji wobec maszyny do pisania, niczym znak swoistego oporu wobec tego, co modne i nowoczesne, co każe traktować pisanie jako profesję, jako zawód jeden z wielu, a co jest – niczym maszyna właśnie – pozbawione duszy i charakteru.

Tu arcyważny i arcyciekawy jest paralelny jakby wobec autobiografii i wracający w Piórze wątek Andrzeja Brychta, przyjaciela Nowakowskiego z lat młodości, pisarza o podobnych cecha osobowościowych, biografii i pisarskich, a przecież w miarę lat coraz bardziej zepsutego, coraz mocniej wikłającego się w dwuznaczne gry z władzą i psującego swoje pisarskie pióro. „Zakłamał […] swoje pisanie – wspomina Nowakowski –  Walory, które były siłą jego pierwszych opowiadań, zostały zatracone, pozostała jedynie goła sprawność, sprawdzone chwyt, udawana pasja”.

Brycht to jakby alter ego Nowakowskiego, jego cień, ale też symbol utraconych złudzeń pokolenia, jego zdradzonych, niezrealizowanych marzeń. „Mieliśmy być dzicy i wolni. Żadnego kunktatorstwa i wyrachowania”, powtarza raz jeszcze Nowakowski, ale tym razem tym razem już ze smutkiem i melancholią, bo kariera Brychta, ale też Grochowiaka pokazywała, jak silne były pokusy.

O tym, że „zdeterminowana, niezwalczona, przełamująca opór rzeczy i składników pasja wolności” jest obecna we wszystkich składniach, pretekstach i podtekstach prozy Nowakowskiego, pisał cytowany już Burek. Tak też rzecz widzi sam Nowakowski. Literatura jest wolnością. A zarazem literaturze nieustannie zagraża kłamstwo, a więc „sztuczność”, „teatralność”, gra, poza…  

Dlatego kapitalna, ale i kluczowa jest w omawianej tu książce scena, będąca jakby jakby echem pamiętnego epizodu z Ferdydurke, gdy Józio wypija obrzydliwy „kompot” w obecności nowoczesnych Młodziaków, wyzwalając w nich w ten sposób nienowoczesne zupełnie namiętności i odruchy. Oto Nowakowski w mieszkaniu Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego przysłuchuje się ich, a także m. in. Kazimierza Brandysa i Juliana Stryjkowskiego, rozmowom o najnowszej filozofii i literaturze francuskiej z przybyłymi z Paryża gośćmi: z nie nazwanym z nazwiska redaktorem lewicowych „Temps Modernes” oraz tłumaczką Anną Posner. Jest początek lat 60., dyskutanci żonglują nazwiskami Sartre’a, Aragona, Eluarda, Dubuffeta... „A z okien widok na brzydką, syfiastą Marszałkowską. […] W oddali sterczała czerwona iglica Pałacu Kultury i nauki”. Tu race śmiechu, tam szary smutek. Tu plotki o Picassie, tam nudny Gomułka. Tu Paryż – tam Warszawa.

„Dziwna nierealność” tej rozmowy niecierpliwi Nowakowskiego, który zaczyna ekwilibrystycznie żonglować w swoich ustach protezą dentystyczną. Dziwaczne miny, upiorne grymasy i zwierzęce pomruki młodego pisarza wywołują niepokój i pogardę światowych rozmówców. Ale pożądany skutek ów ohydny skecz wywołuje: podniosła atmosfera jest zepsuta i rozmowa o Mallarmem już się nie klei.

Jest w tej scence tak charakterystyczny dla prozy Nowakowskiego, a nie zawsze dostrzegany przez jego czytelników, komizm. Ale jest i znamienny gest niechęci wobec literatury zbyt literackiej, odizolowanej od świata, kawiarnianej, zbyt mocno oderwanej od materii, ciała, konkretu, zapominającej o tym, co pokraczne nawet, czy prymitywne, ale przecież istniejące, realne. Nowakowski wyznaje: „[…] czułem, że to, co oni pisali i piszą, jest jakąś grą, niby-literaturą, amputowaną, przydeptaną”. A gdzie indziej doda: „Prowadzili gry i gierki z rządzącymi dygnitarzami, jednych traktowali jak liberałów, innych jak dogmatyczny beton”. I jeszcze jedno wyznanie: „Niektórym się udawało i zostawali redaktorami. Od razu wdawali się w zawiłe gry i kombinacje. Szybko tracili niezależność” i „jedynie przy kawiarnianym stoliku pozwalali sobie na wolność”.

Autoportret pisarza jest więc autoportretem outsidera, człowieka osobnego, innego, ale też związanego z otaczającym go światem. „Nie byłem z nimi” –  uzmysławia sobie i nam Nowakowski – „Bliższa mi była materia życia, w której tkwiłem przez tyle lat. Szara, uboga, być może prymitywna, przyziemna, ale własna, zakorzeniona w dniu dzisiejszym”.

Znamienny jest zresztą stosunek Nowakowskiego do starszych od siebie, utytułowanych pisarzy, takich jak Andrzejewski, Ważyk, Iwaszkiewicz, Brandys czy nawet – najbliższy mu – Mach. Szacunek, onieśmielenie, niepewność mieszają się tu z niepokojem, który bierze się z pamięci o ich przedwojennych utworach i powojennej kolaboracji z komunistami.

Mistrzami młodego pisarza zostają więc emigranci: Bobkowski, Mackiewicz, Piasecki, z Francuzów Céline, a pisarzy krajowych Rembek i Buczkowski. O dwu ostatnich czytamy w Piórze: „To były samotne bastiony wśród sfory ufryzowanych, salonowych psiaków”.

Owe „samotne bastiony”, tak ważne dla Nowakowskiego-prozaika, to ludzie „żyjący po swojemu i za nic mający cały porządek społeczny”. To Buczkowski, ale też cinkciarze, złodziejaszki, byli żołnierze AK, rozmaici „bywszyje ludzi”, zmiażdżeni przez stalinizm, ożywający w cieniu buńczucznej młodości jego generacji. Mówi on w Piórze o nich z czułością jak o ludziach „elementarnie wartościowych, trzymających się swego dekalogu”, „osobnych, niepodległych na swoją miarę”, „obywatelach podejrzanej proweniencji”.  O jednym z nich,  ex-żołnierzu WiN napisze arcydzielną Mizerykordię. O mieszkańcach podwarszawskich miasteczek powie: „Byli bliscy, najbliżsi. Wśród nich czułem, że mam busolę. To było moje umocowanie. Powodowało potrzebę pisania. Z tych ludzi lepiłem swój teatr”.

6.

 

„Autobiografia literacka”, bo mówiąca o literackiej biografii autora, o jego wchodzeniu do literatury, ale też o jego związkach z literatami. Ale też literacka, bo mająca literackie ambicje, bo ważna jest tu uroda języka tej prozy. Zauważyła to Elżbieta Morawiec podkreślająca, że Pióro napisane jest z „wielką swadą, w dobrym gawędziarskim stylu”. Gawędziarstwo to jednak specyficzne, bo dalekie do gadatliwości, wylewności... Nowakowski pisze krótkimi, pojedynczymi zdaniami, nierzadko ich równoważnikami, składającymi się z trzech, dwu wyrazów, nawet pojedynczego słowa. Pióro jest napisane w poetyce ściśniętego gardła i wstydu uczuć. Jest jakby manifestacją pisarskiego i humanistycznego stylu autora, który ceni w prozie gęstość i chropawość a gardzi wodolejstwem i śliskością. Stąd charakterystyczne dlań metafory, które pracę literacka zestawiają z pracą fizyczną. O Brychcie pisze Nowakowski na przykład, że: „Najważniejsze dla mnie było to, że w swojej prozie wydawał mi się pisarzem który tak jak górnik drąży przodek przed sobą. Uparcie posuwa się w głąb”. I dodaje z podziwem: „Powstawał tekst gęsty, pozbawiony wodolejstwa, słowa nieomylnie dobrane”; „oszczędnie, trzymał język na wodzy”.  On sam o swoich literackich pracach jako o pracy fizycznej, jako rękodzielnictwie: „Przesiewałem słowa. Zmieniałem ich szyk. Szukałem najcelniejszego. Miałem satysfakcję zgoła rękodzielniczą. Powstaje twór moich rąk. Stolarz, tokarz, frezer. Takie miewałem skojarzenia”.

Romantyk, ale i awangardzista, jakby daleki wnuk Peipera i Przybosia? A przecież ostatecznie Nowakowski jest wrogiem maszyny i świata, który ona reprezentuje. Tu także ważne okazuje się pióro – tym razem jako znak oporu przeciw światu zmechanizowanemu i zdyscyplinowanemu. Wspominając powstawanie Zapisu, zbioru opowiadań z 1965 roku, Nowakowski podkreśla: „Nadal pisałem piórem. […] Andrzej Brycht spoglądał na mnie z pobłażliwością. Odstąpił od rękodzielnictwa. Nabył podręczną płaską maszynę do pisania w komisie. Profesjonalista całą gębą. Niedawne cygaństwo wcale go obecnie nie pociągało.”

 

7.

 

Wojciech Wencel w krótkiej recenzji Pióra na łamach „Gazety Polskiej” napisał, iż lektura tej książki jest smutna, bo „dowodzi czarno na białym, że pisarz, który w PRL-u pragnął zachować niezależność, musiał jej szukać w różnych niszach, dziurach i szczelinach panującego systemu”. W wersji light mogła to być praca kalkulatora chronometrażysty w Inwalidzkiej Spółdzielni Nauczycieli „Wspólna Sprawa”, a więc casus Herberta, a w wersji hard było to „sycenie się ochłapami wolności w środowiskach knajpianych «królów życia», drobnych handlarzy, złodziei czy gangsterów.” Zarazem Wencel nie wierzy, iż w takich warunkach możliwa była duchowa wolność, że Nowakowski idealizuje, a „w biografiach nawet najszlachetniejszych twórców krajowych jest coś upadlająco dwuznacznego”.

Generalna teza jest warta dyskusji, ale nie zgadzam się z uwagą, że Nowakowski napisał książkę smutną. Raz jeszcze bowiem zwracam uwagę na poczucie humoru Nowakowskiego, na jego serdeczną ironię, z jaką potrafi opisywać rzeczy budzące lęk, niechęć, odrazę.  Ten humor widać we wspominanym już „ohydnym skeczu” albo w scenie przesłuchania Nowakowskiego na SB w warszawskim Pałacu Mostowskich po powrocie z rejsu do Afryki. Ponieważ pisarz pożyczył na tę podróż walizkę od Ludwika Zimmerera, niemieckiego tłumacza mieszkającego w Polsce, jeden z ubeków ryczy: „Musieliście pożyczyć walizkę od Szkopa! Nie mogliście od Polaka!”…

Humor Nowakowskiego jest znakiem wolności. Cała ta książka jest dla mnie opowieścią o tym, że można, a nawet trzeba być wolnym pisarzem w świecie wolności nienawidzącym z całej siły.

 

8.

 

            Na zakończenie tej recenzji akcent osobisty. Od lat czytam Marka Nowakowskiego. Chyba po raz pierwszy usłyszałem jego prozę zimą roku 1982 w domu mojej babci. Byłem wtedy licealistą, spędzającym ferie zimowe w zaśnieżonym, mroźnym i smutnym Prudniku. Mój wujek-lekarz jak zawsze po powrocie z pracy słuchał trzeszczącego i prychającego z powodu zagłuszania Radia Wolna Europa. Spoza tych huków wysłuchałem nagle krótkiego opowiadania o młodych żołnierzykach patrolujących grzejących się nocą przy koksowniku w trzecim dniu stanu wojennego i o staruszce, która przepowiada im krew.

Uderzyła mnie i lapidarność tej prozy, szybkość, z jaką reagowała na współczesność, jej niesamowity klimat. Pocieszyło mnie to, że jest ktoś, kto niejako na gorąco rejestruje moje – nasze dramaty. Potem dowiedziałem, że autor tego utworu to Marek Nowakowski i że jest to fragment Raportu o stanie wojennym. Zacząłem szukać książek Nowakowskiego w bibliotekach. Mój pierwszy szkic krytyczny pisałem o Weselu w miasteczku w roku bodajże 1984. Pamiętam do dziś wrażenie, jakie zrobiła na mnie Mizerykordia albo niedawno opublikowane Psie Głowy.

Nowakowski pokazywał mi się, że literatura jest czymś serio, że nie jest grą, zabawą, że opisuje otaczający mnie świat, pozwala mi go zrozumieć, opanować. Że literatura jest rzeczywista, gdy jest blisko rzeczywistości. Że jest ponad i poza salonami, grami, modami. Pióro pozwala mi zrozumieć tę wizję literatury i pisarskiego losu. Pokazuje, że jest ona realna. Co nie jest biografią — nie jest w ogóle. Co nie jest potwierdzone życiem – nie istnieje…

A że jest to książka chwilami niepokojąco aktualna? Że literackie spotkanie u Międzyrzeckich  mogłoby się odbyć i dzisiaj? I że dzisiaj chciałoby się powtórzyć owe ohydne miny przeciw imitatorom paryskich mód?

By o tym pisać, nie mam już ani miejsca ani odwagi. Proszę więc przeczytać Pióro. Kto będzie chciał, ten usłyszy owe pomruki aktualności. Kto nie będzie chciał, odnajdzie malowniczy, co nie znaczy nostalgiczny obraz przeszłości, z autoportretem autora w tle i – odwrotnie.

 

Maciej Urbanowski

Tekst był pierwotnie publikowany na łamach "Czterdzieści i cztery"


Ostatnie wiadomości z tego działu

Prof. Nowak: Pracujmy nad tym, by zwolenników niepodległości przybywało

Prof. Nowak podsumowuje 2017 rok: właściciele III RP nareszcie odsuwani od władzy

prof. Nowak: Przypomnienie samego 1918 roku nie wystarcza, by zrozumieć czym jest niepodległość

The New York Times vs. Polish history

Komentarze (1)
Twój nick:
Kod z obrazka:


Lucyna
18.05.2014 20:08
Mądry, o szerokich możliwościach pisarz. Przez ostatnie 25 lat napisał wiele książek, które dalekie są od PRL.

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wszystkie opinie są własnością piszących. Ponadto redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy wulgarnych lub nawołujących do nienawiści.

Wyszukiwarka

Reklama

Facebook


Wszystkie teksty zamieszczone na stronie są własnością Portalu ARCANA lub też autorów, którzy podpisani są pod artykułem.
Redakcja Portalu ARCANA zgadza się na przedruk zamieszczonych materiałów tylko pod warunkiem zamieszczenia informacji o źródle.
Nowa odsłona Portalu ARCANA powstała dzięki wsparciu Fundacji Banku Zachodniego WBK.