Maciej Zakrzewski – Hannibal ante portas i co dalej? (ARCANA 129)

Sprawa imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, podobnie jak sprawa terroryzmu islamskiego, przy całym dramatycznym przebiegu posiada przynajmniej jeden pozytywny skutek – pisze w 129. numerze Dwumiesięcznika ARCANA Maciej Zakrzewski.
03.07.2016 17:54

Sprawa imigrantów z Bliskiego Wscho­du i Afryki Północnej, podobnie jak sprawa terroryzmu islamskiego, przy całym dramatycznym przebiegu posiada przynajmniej jeden pozytywny skutek. Wyrwała społeczeństwa zamieszkujące kraje europejskie i ich elity z głębokiego snu. Oto po ponad dwóch dekadach względnej stabilności na kontynencie ponownie od­czuto złowrogi zgrzyt politycznej sejsmologii, przy którym wojna na Bałkanach czy polityka Władimira Putina to zaledwie wichury oglądane przez okno jasne­go i ciepłego domostwa. Po upadku muru berlińskiego tzw. polityka europejska sprowadzała się zaledwie do gry interesów, przekomarzania się z Rosją i Stanami Zjednoczonymi, szukania pomysłu na zachowanie status quo. Jedynym szczegól­nym wyzwaniem dla Unii Europejskiej był problem rozszerzania własnych granic, co przy gorliwości i neofickiej postawie państw aspirujących do członkostwa nie wymagało specjalnego wysiłku w zakresie polityki, co najwyżej biurokracji.

Aktywna polityka Putina na wschodzie Europy została potraktowana przez przywódców dawnej Europy raczej na sportowo. Jedną ręką pomalowano twarze na marsowe barwy, natomiast drugą trzymano się kurczowo schowanej głęboko nowej „żelaznej kurtyny”, aby przy pierwszych wystrzałach szybko ją zaciągnąć i podjąć szereg pozorowanych działań. Niestety, takie czasy zawsze będą formo­wały odpowiedni sobie rodzaj przywództwa politycznego. Wystarczy przegląd­nąć plejadę europejskich polityków, którzy wzięli odpowiedzialność za kontynent po erze Helmuta Kohla i Margaret Thatcher, aby dojść do przekonania o zatarciu różnić pomiędzy polityką a cyrkiem. W ciągu tych lat przez europejskie gabinety przeciągnął korowód kolorowych postaci udających wielkich polityków. Roma­no Prodi, Tony Blair, Gerhard Schróder, Silvio Berlusconi i ulubieniec Francuzów Nicolas Sarkozy. Nic dziwnego, że na tym tle kanclerz Angela Merkel w oczach współczesnych Europejczyków uchodzi niemal za inkamację Katarzyny II bądź Marii Teresy. Oczywiście, to nie jest tak, że to tylko politycy z „rasowych char­tów” przekształcili się w głośno szczekające jamniki. Na skutek marazmu i dobro­bytu oraz braku realnych wyzwań cała Europa skundlała, ze swoimi politykami, a przede wszystkim obywatelami krajów tworzących kontynent. Na wydarzenia na Majdanie społeczeństwa zachodnie, w tym również w znacznym stopniu Pola­cy (co świadczy o tym, że zostaliśmy już w dużej mierze „dobrymi” Europejczy­kami), spoglądały z podziwem, niepewnością, ale i z poczuciem ulgi zwiększają­cym się wraz odległością stolicy własnego kraju od Kijowa.

O dyplomacji XIX wieku można wiele złego powiedzieć, ale mimo swego arcycynizmu miała swój styl i własny rozum, współczesna dyplomacja na kon­tynencie europejskim oprócz tego, że jest cyniczna, to jest głupia i brzydka. Opi­nia publiczna dawnej Europy zawsze była empatyczna, fale entuzjazmu (szybko często opadające) dla Polaków, Włochów, Greków i innych nieszczęsnych nacji były szczere. Natomiast współczesnego Europejczyka interesuje cudze nieszczę­ście o tyle, o ilejest ono w telewizorze (patrz Majdan),jeśli nieszczęście do niego przychodzi reaguje naiwnie i głupio (patrz imigranci).

I oto zastukali do bram domostwa imigranci, a w środku zaczęli się wysa­dzać terroryści. Pojawił się problem nie w dalekich Chinach czy na obrzeżach, jak Ukraina, ale poruszyły się niepokojąco fundamenty. Huk zbudził ociężałe cielsko starego imperium.

Wobec kwestii imigranckiej zajęto skrajne stanowiska od rozczulającego dzie­cięcą naiwnością optymizmu po kasandryczne wezwania do obrony okopów Świę­tej Trójcy. Już sama ta polaryzacja ukazuje, iż w przeciwstawnych obozach rozsądek raczej często nie gościł. Oba obozy wzajemnie warunkują swoje istnienie, zamiast skupić się na rozwiązaniu arcytrudnego problemu dotyczącego egzystencji kulturo­wej kontynentu. W typowy dla demokratów sposób wymyślono narracje dla tych, co są za i dla tych, co są przeciw, nie zważając, że idzie o zagadnienie szersze niż popularność wśród mas. Zbawiennym dla obu stron okazał się problem terroryzmu. Dla tych na prawo identyfikacja imigrantów z terrorystami spadła z nieba, dla le­wicy posłużyło to do przykrycia porażki nie tyle polityki eurokracji, co idiotycznej i całkowicie nieskutecznej polityki imigranckiej ostatnich dziesięcioleci. Wystar­czy spojrzeć na metryki i obywatelstwo terrorystów, aby wiedzieć, że nie w imigra­cji tkwi źródło problemu. Zamachów dokonują nie obywatele Syrii, Libii czy Ira­ku, ale synowie post-napoleońskiej fikcji rządów cywilnych oderwanych od kultury. To synowie oświeconej V Republiki i poddani króla Belgów. Imigranci w drugim, trzecim pokoleniu wysadzają państwa, które roztaczały nad nimi opiekę. Paradok­salnie, młodzi arabscy terroryści właśnie poprzez zamachy potwierdzają swoją eu­ropejskość, pisząc wespół z Breivikiem, a po dziewiętnastowiecznych anarchistach, Czerwonych Brygadach i grupie Baader-Meinhoff kolejny, możliwe, że ostatni, roz­dział w historii europejskiego nihilizmu. Podpalając Europę, czynią to z takich sa­mych powodów co Nieczajew, tylko że sztandar już ma inne symbole.

Europa stanęła w obliczu dwóch procesów. Z jednej strony, co najtrudniej przyznać, końca oświeceniowego projektu uniwersalnego „człowieka bez wła­ściwości”, z drugiej zaś nowego zjawiska z obszaru „politycznej geologii”, czy­li ponownej wędrówki ludów. Współgranie obu czynników powoduje, że koniec oświeceniowego projektu Europy będzie oznaczał koniec Europy w ogóle, innej nikt może nie zdążyć zbudować. W związku z tym, że obecne procesy zachodzą na poziomie podłoża, działania biurokracji europejskiej, która nawykła do roz­wiązywania problemów technicznych, a nie politycznych, okazują się nieskutecz­ne. Eurokraci skoncentrowali się na zagadnieniu dyslokacji, czyli kolejnego zamiecenia sprawy pod dywan. Strategia „otwartych drzwi” nosi znamiona, wedle określania Adolfa Bocheńskiego, „samobójstwa w obawie przed śmiercią”, ina­czej „dobrej śmierci”, czyli eutanazji. Postawa zwolenników „okopów św. Trój­cy” miałaby sens, gdyby to były rzeczywiście szańce „świętej Trójcy”, a nie oko­py gigantycznego domu starców. Nawet jakbyśmy zaklinali rzeczywistość, to i tak geriatria i starczy uwiąd w przypadku Europy następujący w sensie biologicznym i kulturowym nigdy nie przemoże dynamizmu ludów młodych, które ryzykują ży­cie, aby przepłynąć na rozlatujących się barkach Morze Śródziemne. Podjęcie ryzyka jest wielkim sprawdzianem przed życiem, który Europejczyk przegrywa od lat. Młodzież arabska, jakby tego nie oceniać, idzie na wojnę bądź ucieka przed nią w walce o życie, stawia na szali swoje życie, młodzież europejska wyjdzie na ulice co najwyżej w obronie dostępu do Internetu. I to jest ten dystans, jaki dzieli nas od życia; i to jest dystans jaki dzieli nas od śmierci.

Andrzej Bobkowski (ten co wyjechał do Gwatemali) ponoć mawiał, że jak Europę szlag trafi, to dziury w niebie nie będzie. Dzisiaj już nikt po Celtach nie płacze, a Imperium Rzymskie jest wiecznie żywe, tylko dlatego, że już nie istnie­je. Zawsze w imię pięknego etosu użyźnienia gleby pod przyszłe formacje, można pięknie samemu zejść do grobu. Tyle, że to nie będzie koniec piękny, ale żałosny, tak jak kiepski jest kres każdej rozkładającej się formacji kulturowo-politycznej. O wzniosłym trwaniu na posterunku mówił jeszcze Oswald Spengler, jednak nie przywidywał, że końcem nie będzie śmierć na polu walki, ale rzeź baranów i gnicie.

Może i z wyrokami dziejów nie ma co dyskutować, ale zawsze można powal­czyć. Zamiast budować szańce wokół domu starców, trzeba samemu ten dom star­ców wysadzić w kosmos. Anie tak niestety nie odmładza jak wojna. Tego Europa potrzebuje jak powietrza. Tym bardziej, że jest przeciwnik szczerzący zęby (Pań­stwo Islamskie),jest moralny motyw (zamachy) i nawet jest całkiem duży interes do zrobienia, tylko potrzebna jest wola. Pozwolenie na przejęcie Rosji inicjatywy na Bliskim Wschodzie było wielkim błędem, którego jeśli się nie skoryguje (o ile się jeszcze da), skutki będą odczuwalne przez dziesięciolecia (a Polska stanie się miejscem, gdzie będzie bolało najbardziej).

Kampania bliskowschodnia, oprócz kwestii moralnej (wojna sprawiedliwa, której nie powstydziłby się Paweł Włodkowic), ekonomicznej i strategicznej, jest najważniejsza właśnie z punktu widzenia płaszczyzny tożsamościowej. Po pierw­sze, nic tak nie jednoczy jak wspólna akcja wojenna, a być może byłaby to szan­sa na pierwszą prawdziwą wojnę pod sztandarami nowej Europy; po drugie, kon­flikt zawsze jest kuźnią talentów prawdziwie politycznych. Nie potrzeba kanclerz Merkel, ale europejskiego Bismarcka, nie potrzeba nikomu Hollanda ani Camero­na, ale przywódców na miarę Napoleona czy Churchilla sięgających po władztwo nie krajowe, ale kontynentalne. Być może byłaby to pierwsza z wojen w imieniu nowego organizmu, który domaga się życia.

Zbudowanie europejskiej podmiotowości militarnej wiąże się nieuniknienie z jeszcze jednym z następstw - przebudową formuły Układu Północnoatlantyc­kiego i podjęciem próby upodmiotowienia skrzydła kontynentalnego w tym ukła­dzie. Opieka sojusznika zza oceanu, jak każda zbytnia troska, prowadzi do zaniku samodzielności. Obecny kształt NATO jest reliktem zimnowojennym, który daje tylko i wyłącznie złudne poczucie bezpieczeństwa. Zresztą możliwe zwycięstwo pana Donalda Trampa w wyścigu o tron w Białym Domu dobitnie znamionuje za­kończenie pewnej ery w relacjach atlantyckich.

Europa tak jakjej obywatele stali się niezdarni. Jakakolwiek inwazja na kon­tynent, bez pomocy z zewnątrz, nie napotka na żaden opór, nie zatrzyma się ani na Wiśle, ani na Renie, tylko przejdzie gładko aż po Gibraltar (chyba, że zacznie się od strony Gibraltaru). Problem jednak polega na tym, że jak objęcia Układu Pół­nocnoatlantyckiego rozleniwiły elity i dały im komfort niemartwienia się o bez­pieczeństwo, to państwa opiekuńcze zrobiły to samo w stosunku do własnych oby­wateli, którzy pojęcie bezpieczeństwa kojarzą w dużej mierze z bezpieczeństwem socjalnym (ostatnio wprawdzie terroryści trochę namieszali). Symptomatyczne jest, że w dużej mierze reakcja przeciwko imigrantom właśnie odbywa się w imię obrony przywilejów socjalnych rozpieszczonego motłochu. W krajach tzw. nowej Unii, gdzie system socjalny jest skromny, bynajmniej nie z rozsądku, ale ze skrom­niejszych funduszy, na czoło wysuwa się aspekt kulturowy.

Trzeba przyznać, że wielka polityka, albo, jakby to powiedział Junger, poli­tyka w wielkim stylu, wymaga pieniędzy. Wybórjest prosty: rakiety albo sztucz­ne zęby.

Wezwania do kompanii neokolonialnej oczywiście winny się spotkać z od­ruchem niechęci i sądu o daleko idącej fantazji autora. Zaznaczmy jednak, że ta fantazja nie idzie tak daleko, aby uwierzyć w to, że „oddział geriatryczny” zwa­ny Europą jest w stanie przetrwać obecny kierunek zmian. Dzisiejsi przywódcy z całą eurokracją znają tylko jedną taktykę - spowalnianie tego, co nieuniknione. To, co przebudziło, a raczej przeszkodziło w iluzji eurolandu, nie znikło. Stan ży­ciowej i politycznej nieporadności nie ustąpi bez znacznie większych i drastycz­nych wydarzeń niż te, które oglądaliśmy.

Nie należy jednak zapominać, czy nam się to podoba czy nie, że los kontynentu jest również przeznaczeniem Polski. Na naszym krajowym podwórku mała polityka miesza się ze zwykłą małością. Polska w stosunku do krajów Europy Za­chodniej pod względem sytuacji etnicznej ma sytuację arcykorzystną. W porówna­niu do Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec przyjazd do Polski siedmiu tysięcy imi­grantów nie znaczy całkowicie nic. Nie wspominając o tym, że większość z nich powędrowałaby z naszego kraju równie szybko jak przywiozłyby ją niemieckie autokary. Sprawne polityczne przywództwo z taką skalą zagadnienia poradziło­by sobie bez większego problemu i bez uszczerbku, uzyskując możliwości wielu korzyści. Sprawa imigrantów, których Polacy widzieli zazwyczaj w telewizorze, jest polityczną rozgrywką na użytek wewnętrzny. Całkiem zwykła i mała kampa­nia wyborcza. Natomiast to, co jest niepokojące, to wzbudzanie mało szlachetnych emocji, zamykania się we własnym tyglu i szczerzenia zębów na żyjących w na­szym kraju od wielu lat ludzi pochodzących z innych krajów. Strach nieporadnej administracji i niewydolnego państwa łatwo przerzucono na społeczeństwo, co w przypadku systemu demokratycznego rozwiązuje dysonans wynikający z nie­poradności. Nie chodzi oczywiście o to, aby Polacy masowo zabrali się za robie­nie kanapek dla przybyszów, ale aby przede wszystkim w obecnej sytuacji porzu­cić politykę histerycznych emocji, a przyjąć za punkt wyjścia zimną kalkulacje racji stanu. Stać nas na to, gdyż zagadnienie migracyjne jest dla nas sprawą o wie­le mniej realną niż dla społeczeństw zachodnioeuropejskich.

Na czym w takim razie będzie polegała polska racja stanu? Jeden z najwięk­szych talentów politycznych XIX stulecia papież Leon XIII wobec utyskiwań przedstawicieli prawicowej reakcji, ponoć powiedział, wskazując na krucyfiks, że Kościół jest wiemy tylko jednemu trupowi (Voila le Seul cadavre Au quel’Eglise est attache). Głównym priorytetem politycznym winno być odróżnienie tego, co żyje i domaga się woli i siły, od tego, co zdycha. Nie ma innej politycznej racji stanu niż życie. W dzisiejszym świecie, w którym karty rozdają tylko najmocniej­si gracze, Polski nie stać na bycie peryferium; Polska jako skansen poszlacheckiej mentalności popadnie w zapomnienie zgnieciona przy starciu gigantów, coraz po­tężniejszych i coraz bardziej bezwzględnych. Nie stać nas na powtórzenie scena­riusza z 1795 i 1939. Okopywanie się w schemacie wyszehradzkim i wyszarpywanie z unijnych funduszy coraz to większych dotacji unijnych to jest żadna polityka, to tylko kupowanie czasu. Kluczowym wyznacznikiem Polskiej Racji Stanu nie jest walka o „Europę ojczyzn”, ale - na co wskazywał wiele lat temu Tomasz Gabiś - walka o Europejskie Imperium. Tylko poprzez akcelerację procesów budowy nowego państwa można ustrzec się zguby i zająć w tym procesie rolę podmiotu.

Istnieją jednak dwa kluczowe balasty tego procesu. Po pierwsze, europejska tradycja integracyjna ucieleśniana jest przez obecny system polityczny wspólno­ty, po drugie, sentyment w kierunku państwa narodowego. Współczesny kształt Unii Europejskiej w znacznej mierze jest wypadkową dwóch sił: szeregu kompro­misów interesów gospodarczych i politycznych państw oraz lewicowego projektu kulturowego, którego zrębów można doszukiwać się w wydarzeniach 1968 roku. Trudna to prawda, jednak prawica europejska nie potrafiła w ostatnich dziesięcio­leciach wypracować sensownego projektu integracyjnego, ograniczając się do hasła „Europy ojczyzn” bądź strategii walki o pozycję państwa narodowego w ramach systemu. Projekt integracyjny w obecnym kształcie jest osiągnięciem europejskiej lewicy. Sukcesem z pewnością jest, że istnieje; porażką-jego niewydolność i słabóść. Lewica, która nie sięgnie po hasło „dyktatury proletariatu”, zawsze jest żało­śnie nieskuteczna. Trwanie projektu europejskiego jest wyłącznie zasługą geopoli­tyki. Czas prawicowej impotencji w zakresie integracji winien dobiec końca i, aby z kontynentu, z europejskiego imperium in potentia nie przekształcić się w impe­rialny folwark. Prawica europejska winna porzucić swoje ciepłe lokalne domostwa, aby realizować cele polityczne, które można streścić w trzech punktach:

  1. radykalne wzmocnienie instrumentów władzy,
  2. znoszenie eurokratycznych barier ekonomicznych,
  3. porzucenie tzw. polityki kulturalnej.

Unia Europejska winna być tworem czysto politycznym i ekonomicznym. Polityka tzw. wartości europejskich jest tylko i wyłącznie przeszkodą integracyj­ną, którą należy odrzucić jako szkodliwą. Tylko, że prawica, aby odcinać balast obciążający kontynent, sama musi wyzwolić się ze schematów myślenia partyku­larnego. Punkt ciężkości politycznej winien przenieść się na poziom kontynental­ny. Proces wielokrotnie przerabiany przez Polaków w trakcie historii, choćby Unia Polsko-Litewska, pokazuje, że jest możliwe łączenie politycznego rozsądku z za­chowaniem odrębności. Silne tożsamości nie potrzebują prawa i sztucznych ba­rier, aby realizować swoje prawo do życia. Z tym przekonaniem Jan Paweł II kie­rował swój apel do Polaków z chwilą postępującej integracji.

Zaznaczmy, że nie chodzi o żaden entuzjazm dla istniejących form, o żad­ne hurraoptymistyczne śpiewanie Ody do Radości i machanie mnożącymi się gwiazdkami na niebieskiej chorągiewce, ale o polityczne działanie i tworzenie na tym skrawku ziemi nowego ośrodka potęgi politycznej, gospodarczej i technolo­gicznej. Droga zawsze jest tylko do przodu, za plecami wyglądają już tylko puste oczodoły ludów wymarłych.


Ostatnie wiadomości z tego działu

Każdy orędownik idei Międzymorza powinien przeczytać ten wywiad

Międzymorze i prawdziwa historia KOR-u – ARCANA 130 już w księgarniach!

Jerzy Gizella – Próbny alarm dla miasta

Jesteśmy ludem Gerazeńczyków - rozmowa z Krzysztofem Koehlerem (ARCANA 129)

Komentarze (0)
Twój nick:
Kod z obrazka:



Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wszystkie opinie są własnością piszących. Ponadto redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy wulgarnych lub nawołujących do nienawiści.

Wyszukiwarka

Reklama

Facebook


Wszystkie teksty zamieszczone na stronie są własnością Portalu ARCANA lub też autorów, którzy podpisani są pod artykułem.
Redakcja Portalu ARCANA zgadza się na przedruk zamieszczonych materiałów tylko pod warunkiem zamieszczenia informacji o źródle.
Nowa odsłona Portalu ARCANA powstała dzięki wsparciu Fundacji Banku Zachodniego WBK.