„Karabiny czy masło” – nowa odsłona w polskiej polityce obronnej

Świat powojenny (i po-zimnowojenny) to już przeszłość. Przedłużone wakacje, które sobie zafundowaliśmy jako odpoczynek i relaks po dwóch wojnach światowych i Zimnej Wojnie nie są „końcem historii” i nie mogą trwać wiecznie – przestrzega w podwójnym 127-128 numerze Dwumiesięcznika Arcana prof. Stephen Baskerville.
26.05.2016 15:39

W czasie, gdy Polska świętuje 1050 rocznicę swojej chrystianizacji (966), religia ponownie staje się centralnym zagadnieniem światowej polityki. Polska wydaje się szczególnie zdeterminowana, by obrać nowy kurs polityczny. I, podobnie jak Węgry i inne kraje, staje się jednym z promotorów wartości konserwatywnych w Europie Środkowej. Od czasu przełomowego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w październiku 2015, Polska stała się znacząco bardziej asertywna, jesli chodzi o obronę konserwatywnych chrześcijańskich wartości. Jest to powszechnie interpretowane jako policzek wymierzony Unii Europejskiej, lecz konfrontacja z Unią, ograniczona do spraw prawnych i proceduralnych, to jedynie powierzchnia głębszego zjawiska. Istotny konflikt dotyczy bowiem wartości społecznych promowanych na Zachodzie, wobec których Polacy i inne narody Środkowej i Wschodniej Europy wyrażają coraz silniejszy sprzeciw.

Działania Polski naraziły ją na gniew liberalnego Zachodu, jest jednak oczywiste, że jeśli kraj ten chce utrwalić i zabezpieczyć to, co osiągnął, konieczne będzie coś więcej niż krótkoterminowe działania polityczne. Potrzebna jest długofalowa strategia, nie ograniczająca się do politycznych interesów PiS, która byłaby postrzegana jako korzystna dla całej Europy.

Nikt otwarcie nie definiuje sporu Polski z UE i Zachodem w kategoriach religii i moralności, lecz jest dość oczywiste, że wartości chrześcijańskie leżą u podłoża konfliktu nie tylko Polski, lecz także Węgier, Rumunii, Chorwacji i właściwie wszystkich krajów Europy Środkowowschodniej z Zachodem. Co więcej, ignoruje się zazwyczaj oczywistą prawdę, że największy opór wywołuje wojująca ideologia seksualna Zachodu. „Małżeństwa jednopłciowe, aborcja, ideologia gender – to dla nas linie nie do przekroczenia”, mówi Politico doradca prezydenta Andrzeja Dudy. Współpraca polsko-węgierska w tych sprawach uszła uwadze komentatorów, ale powstanie i rozwój „prawicy religijnej” w Europie to zjawisko w dużej mierze środkowo- i wschodnioeuropejskie i skoncentrowane prawie wyłącznie na problematyce seksualności. Najnowsza książka niemieckiej socjolożki Gabriele Kuby The Global Sexual Revolution, krytycznie oceniająca seksualny radykalizm, została przetłumaczona na język polski, słowacki, węgierski, chorwacki, czeski i rumuński na długo przedtem, nim znalazła angielskojęzycznego wydawcę.

Chrześcijaństwo staje jednak dzisiaj w obliczu największego, być może, w jego dziejach kryzysu egzystencjalnego. Na Wschodzie jest atakowane fizycznie przez radykalnych fanatyków islamskich, do tego stopnia, że grozi mu zagłada w jego starożytnej ojczyźnie na Bliskim Wschodzie. Zagrożenie ze strony Zachodu jest bardziej subtelne, ale prawdopodobnie poważniejsze: radykalna lewica uznała bowiem wolność seksualną za sztandarowy postulat swojego programu i żąda, by chrześcijanie wyrzekli się swojej doktryny moralności seksualnej, grożąc konsekwencjami prawnymi i wyrokami sądowymi.

A zagłada chrześcijaństwa oznacza zagładę Zachodu i nie przypadkiem do tego właśnie prowadzą – jak się sugeruje – opisywane procesy. Wygaśnięcie wiary chrześcijańskiej oznacza upadek wolności, które chrześcijaństwo dało Zachodowi. Wolność słowa (przynajmniej w sprawach dotyczących seksualności) już padła ofiarą tego procesu.

Polska, jak się wydaje, postanowiła postawić barierę tym trendom. Czy to możliwe, że Polska – która podkreśla swoją rolę jako obrońcy zachodniej cywilizacji w bitwie pod Wiedniem w 1683 roku – ponownie ocali Zachód? Tak jak poprzednio będzie to wymagało czegoś więcej niż wojny kulturowej.

Fala konserwatywnego solidaryzmu ogarniająca narody byłego bloku komunistycznego byłaby nie tylko zjawiskiem o historycznym znaczeniu, ale też swoistą ironią losu. Słabość i niestabilność krajów Środkowowschodniej Europy jest permanentnym problemem kontynentu. Jej wynikiem miała być próżnia polityczna w tym regionie, która, prowokując ekspansję Niemiec i Rosji, doprowadziła zarówno do obu wojen światowych, jak i do Zimnej Wojny. Niezdolność Cesarstwa Austro-Węgier do stworzenia efektywnej federacji narodów, jego rozpad po I wojnie światowej i późniejsza porażka prób utworzenia stabilnego „Międzymorza”, sojuszu państw między Bałtykiem a Morzem Czarnym – wszystko to pozostaje problemem i dzisiaj. Byłoby zaiste ironią losu, gdyby jedność regionu, do której nie potrafili doprowadzić Habsburgowie, naziści, komuniści i Unia Europejska, została dzisiaj osiągnięta dzięki konserwatywnemu patriotyzmowi, przypominającemu (choć jedynie powierzchownie) ten właśnie nacjonalizm, który miał być główną przyczyną problemów Europy Środkowowschodniej.

Pozostają jednak do rozwiązania poważne przeszkody. Kraje Europy Środkowowschodniej, jak wszystkie państwa, mają wiele rozbieżnych interesów. Jest raczej dalej niż bliżej do związków państw, takich jak Czechosłowacja czy Jugosławia. Regionalne sojusze, jak np. Grupa Wyszehradzka służą (jak dotąd) ograniczonym celom. Najważniejszym związkiem państw jest nadal Unia Europejska, a Polska i Unia potrzebują się wzajemnie za bardzo, by kontynuować nieistotne sprzeczki.

Polska i inne kraje środkowoeuropejskie mają jednak obecnie wystarczająco silną pozycję, by żądać pewnej redefinicji Unii, a być może także NATO. Te dwie organizacje (obie stojące w obliczu poważnego kryzysu) dysponują finansowymi i politycznymi środkami (wpływami), które zagrażają chrześcijańskim wartościom krajów Europy Środkowowschodniej. Połączenie żądania, by UE i NATO wykonywały swoje statutowe cele, ze sprzeciwem wobec ich kulturowej hegemonii jest trudnym wyzwaniem, lecz obecnie całkowicie wykonalnym.

Przypomnijmy, w jaki dokładnie sposób król Jan III Sobieski ocalił Wiedeń i chrześcijaństwo: nie poprzez zmiany konstytucyjne czy negocjacje z organizacjami międzynarodowymi, lecz dzięki sile militarnej.

Jest jedyna cicha, sprawdzona i bezspornie skuteczna metoda zapewnienia tego, by niezależność Polski była respektowana, jej głos słuchany, a jej przykład naśladowany. Jeśli Polska rzeczywiście pragnie uniezależnić się od zmiennych kolei politycznego losu i przekuć swoją dzisiejszą rebelię w trwałe przywództwo regionalne i światowe, jest przed nią tylko jedno wyjście: musi sama zadbać o swoje bezpieczeństwo i obronę.

Nie wymaga to jakiegoś nowego militaryzmu czy politycznej wojowniczości. Przeciwnie, Polska może stać się przykładem odpowiedzialnego przywództwa, ale tylko wtedy, gdy będzie odpowiedzialna za samą siebie. Próba ominięcia tej zasady doprowadzi jedynie do alternatyw co najmniej wątpliwych. Zwiększając swój potencjał wojskowy – finansowany z własnych środków – Polska może przyczynić się do nowej stabilizacji regionu, osłabić polaryzację mocarstw i chronić swoje wartości, bo ich zanikanie jest konsekwencją braku niezależności.

Korzyści są ogromne. Najbardziej oczywistą z nich, ale niekoniecznie najważniejszą, jest zdolność do obrony własnych granic. W polityce międzynarodowej władza i wpływy wynikają ze skomplikowanego splotu różnych elementów. Jego jądro stanowi potęga wojskowa, ale najbardziej efektywną siłą militarną jest często ta, której nie trzeba używać.

To sprzyjający okres dla Polski, co więcej, Polska ma czas. Nie istnieje żadne bezpośrednie zagrożenie: Rosja, ani nikt inny, nie występuje wobec Polski z żądaniami terytorialnymi. Polska może więc zbroić się na swoich własnych warunkach, wykorzystując ten proces do wzmacniania związków z wszystkimi swoimi sąsiadami i nie zagrażając żadnemu z nich.

Oczywiście niezmienny pozostaje odwieczny problem Polski: geografia. Wiara, że Polska samotnie będzie zdolna obronić się przed zagrożeniem zewnętrznym ze strony Rosji czy Niemiec jest mało realistyczna, lecz nie na tym polega sedno sprawy. Polska zawsze polegała na sojuszach i gwarancjach zewnętrznych i musi taką politykę kontynuować. Ale im silniejsza będzie Polska, tym efektywniej będzie mogła osłabiać zagrożenia i słabości wynikające z takich gwarancji. Będzie także mogła zawierać sojusze na własnych warunkach.

Jednym z takich zagrożeń jest sojusznik lub gwarant, którego pomoc nie będzie niezawodna i natychmiastowa. Wielka Brytania i Francja udowodniły to w 1939 roku, a i dzisiaj nie jest wcale jasne, czy „roztargnione” Stany Zjednoczone zechcą zdecydowanie wspomóc swoich sojuszników z NATO (tych, którzy wyłącznie na taką pomoc liczą) i ile będą skłonne poświęcić, by to uczynić. Tak naprawdę Polska i Europa Środkowowschodnia wiedzą, że ich wolność nie jest dla Stanów Zjednoczonych sprawą żywotnego interesu i że amerykańska pomoc wojskowa raczej nie będzie ani szybka, ani bezwarunkowa. Polska musi więc mieć co najmniej zdolność do kupienia sobie czasu, zanim jej sojusznicy zaczną działać.

Dobrze uzbrojona Polska wzmacnia również rosnące obecnie znaczenie militarne Grupy Wyszehradzkiej, zaszczepia respekt i zaufanie do Polski u jej sąsiadów, być może także inspiruje rywalizację, zmiejszając nadmierne zaufanie do odległych sojuszników. Pozwala również na rozwiązanie delikatnego problemu, jak zapewnić obronę Zachodu nie prowokując Rosji przez umieszczenie wojsk NATO przy jej granicach. Nikt nie będzie sprzeciwiał się koncepcji, aby Polska broniła swej wschodniej granicy przy pomocy odpowiednio licznych oddziałów wojskowych, które mogłyby być następnie wzmocnione przez Sojusz. Z pewnością lepsze efekty dałoby odwołanie się do politycznego znaczenia, które wynika z własnej siły militarnej, niż ostatnie gorszące manewry, w których Polska, jak się wydaje, wykorzystała problem imigrantów do nacisku na Wielką Brytanię, aby z jej pomocą wymusić na Stanach Zjednoczonych zobowiązanie do utworzenia bazy NATO w Polsce.

Innym zagrożeniem wynikającym z oczekiwania na pomoc zewnętrzną (tutaj chodzi o Rosję) jest sytuacja, w której „wyzwoliciel” staje sie zdobywcą. I znów, poleganie na własnej sile osłabia takie niebezpieczeństwo. Obecny gwarant bezpieczeństwa Polski, Stany Zjednoczone, nie stanie się hegemonem, przynajmniej nie w sensie militarnym – ale kultura i polityka to już inna sprawa.

Juz pojawiają się żądania, by Stany pogroziły Polsce swą wojskową pięścią i zmusiły ją do politycznego podporządkowania się Unii. Znakomicie ukazuje to, na czym polega polityczny nacisk wywierany poprzez demonstrację siły wojskowej (bez jej użycia) i jest to właśnie ten rodzaj presji, której Polska może się sprzeciwić, jeśli będzie militarnie niezależna. Tak jak w przypadku negocjacji z Wielką Brytanią, fakt, iż możliwe do użycia środki nacisku są natury raczej politycznej niż militarnej, wskazuje, jak bardzo NATO stało się podatne na polityczną manipulację – jego machina wojskowa jest uważana za rodzaj nagrody, którą można zdobyć, a nie za militarne zabezpieczenie samo w sobie.

Tego rodzaju presja będzie się jedynie nasilać. Narody Zachodu już eksportują pewien rodzaj hegemonii kulturowej: korzystając ze swojej pozycji hegemona eksportują pewna formę kultury, która jest antytezą tradycyjnej kultury Polski i Europy Środkowowschodniej. I dzieje się to nie tylko przy pomocy kultury masowej, mediów i związków ekonomicznych. Szybki rozwój polityki seksualnej już absorbuje aparat urzędniczy Unii i przekształca machinę amerykańskiej polityki zagranicznej w jeden z głównych instrumentów narzucania programu ideologicznego i kulturowego jej zamorskim odbiorcom.

Na przestrzeni kilku ostatnich dekad Stany Zjednoczone słusznie wzywały Europejczyków, by ponosili koszty własnej obrony. Niektórzy zawsze podejrzewali, że była to tylko retoryka „na pokaz” i że przynajmniej niektóre grupy interesu w Ameryce były zadowolone z kontroli, którą daje płacenie rachunków. Nadszedł jednak czas, by chwycić Amerykanów za słowo i podjąć wyzwanie. Dalszy amerykański parasol wojskowy nad Europą nie ma sensu w świecie po Zimnej Wojnie, co więcej, brak bezpośredniego militarnego zagrożenia pozwala na taką manipulację Sojuszem, by służył on nieistotnym dla jego głównej agendy politycznym programom, jak ten promowany przez seksualną lewicę. W sytuacji, gdy pojawiają się nowe globalne zagrożenia, Polska i jej sąsiedzi powinny przewodzić w definiowaniu nowych reguł debaty.

Korzyści i wpływ z tego wynikający nie będzie ograniczony jedynie do Europy. Jeśli w najbliższym czasie wojsko polskie mogłoby być gdzieś przydatne, to raczej nie w obronie polskiego terytorium, lecz pomagając w ochronie życia niewinnych chrześcijan i innych grup zagrożonych wojną na Bliskim Wschodzie. Takie działanie byłoby też częścią konstruktywnej redefinicji celów organizacji takich jak NATO i również w tym przypadku nacisk wynikałby z siły wojskowej, demonstrowanej, lecz nie użytej.

Pojawia się wiele głosów, że Zachód nie tylko nie wystąpił zdecydowanie w obronie mniejszości religijnych, lecz także podejmował działania wojskowe, które doprowadziły do ich obecnej sytuacji, pozbawiając je obrony i skazując na bezprecedensowe prześladowania i możliwą zagładę. Również w tej kwestii większa różnorodność i większy egalitaryzm w ramach wojskowego głosu Europy mogłyby pomóc w uniknięciu niepotrzebnych i przeciwskutecznych awantur militarnych, w rodzaju tych, które sprowadziły na Bliski Wschód niestabilność, śmierć i przesiedlenia mniejszości religijnych. Głos państw Europy Środkowowschodniej mógłby dziś zachęcić do działania w obronie tych, których pozostawiono na pastwę okrucieństw ISIS i innych fanatycznych ruchów i ideologii. (Co charakterystyczne, Polska, Słowacja i Czechy jako pierwsze dobrowolnie przyjęły prześladowane rodziny z terenów objętych wojną na Bliskim Wschodzie, poprzez prywatne fundacje dobroczynne, choć wraz ze swoimi sąsiadami z Europy Środkowowschodniej zgodnie przeciwstawiają się żądaniom UE, by otworzyć granice dla wszystkich uchodźców, co mogłoby sprowadzić zagrożenie na ich własnych obywateli).

Działanie takie nie wymaga od Polski objęcia przywództwa w wojskowej koalicji w celu ochrony prześladowanych chrześcijan (choć mogłaby być członkiem takowej i to członkiem o głosie znaczącym w kształtowaniu jej strategii i kierunków działania). Można sobie natomiast wyobrazić, że silna militarnie Polska bedzie zapewniać azyl, trening i wsparcie dla chrześcijańskich (i innych) grup samoobrony, co pozwoliło by im na obronę samych siebie, ich domów, rodzin i wspólnot.

Co więcej, chrześcijanie i wartości chrześcijańskie na całym świecie są atakowane i potrzebują obrońców. Na całej południowej półkuli, gdzie chrześcijaństwo rozwija się najszybciej, chrześcijanie poszukują przywództwa i ochrony. Mocarstwa zachodnie nie zdołały obronić ich przed islamistami i innymi prześladowcami, a często zmuszały ich (tak jak swoich obywateli) do porzucania własnych przekonań, szczególnie tych odnoszących się do moralności seksualnej. Także w tym kontekście wzrastające potęgi Europy Środkowowschodniej stają się naturalnymi liderami światowymi.

Lecz wielkie korzyści oznaczają wielkie koszty, pojawia się zatem pytanie: Jak Polska ma za to zapłacić? Pierwsza i najprostsza odpowiedź: Polska ma silną ekonomię. Nie ma też absolutnie żadnego wytłumaczenia, dlaczego rząd miałby nie podjąć najbardziej podstawowego zadania, jakim jest, w przypadku każdego rządu, obrona własnych granic.

PiS posiada jednak jedną poważną – i kosztowną – słabość, do której należy się odnieść. W rzeczy samej jest to główna słabość Europy i już dawno minął czas, w którym powinna się odbyć fundamentalna debata w tej sprawie: chodzi o państwo dobrobytu, welfare state. I w tej przede wszystkim kwestii Europa musi odpowiedzieć sobie na kilka trudnych pytań. Problemy, za które wini się UE, bankierów, imigrantów itp., są w gruncie rzeczy konsekwencją istnienia tej świętej krowy i pobłażania, które my sami jej okazujemy. Państwo dobrobytu jest podstawową przyczyną powracającego kryzysu finansowego i bankructwa Grecji, Hiszpanii i innych krajów. Jest magnesem dla imigracji, która w innym przypadku nie byłaby żadnym poważnym problemem.Tworzy wśród imigrantów kryminalną podklasę pozbawionych ojców wyrostków, która uszczupla narodowe zasoby i hoduje terrorystów. Lecz nawet wśród rodzimych populacji państwo dobrobytu prowadzi do rozpadu rodzin i przyczynia się (zamiast zapobiegać) do niepokojąco niskiej liczby urodzin w krajach chrześcijańskich. Aparat urzędniczy państwa dobrobytu pleni się w postaci rozdętej nomenklatury radykalnych funkcjonariuszy, w stolicach państw narodowych i w unii, którzy lobbują nie tylko za własnym biurokratycznym trwaniem i ekspansją, ale także w sprawie nowinek, takich jak małżeństwa jednopłciowe, ideologia gender i ograniczenie wolności religijnej. Europejskie państwo dobrobytu nie osiągnęło jeszcze destruktywnych rozmiarów charakterystycznych dla gett w miastach amerykańskich – rodzących przestępczość, niszczenie własności i analfabetyzm – ale niewiele już do tego brakuje. Stadium krytyczne zostało już osiągnięte w radykalizujących się gettach w północnej Anglii, w banlieues Paryża i w miastach północnozachodniej Europy.

W pewnym sensie można zrozumieć, że PiS kupił sobie zwycięstwo, przekupując elektorat obietnicą zwiększonego dobrobytu, która była jakby przeciwwagą dla konserwatywnego programu partii. Bez wątpienia było to motywowane quasi-dobroczynnym pragnieniem, by zapewnić najuboższym pewne bezpieczeństwo socjalne i zachęcić rodziny do posiadania dzieci.

Ale to nie może się udać. Opieka państwa nie jest prawdziwą dobroczynnością, którą zawsze zastępuje. Co ważniejsze, państwowa „pomoc” dla rodzin oznacza zawsze zastąpienie rodziny przez państwo – przez wypieranie ojców, uzależnianie matek od państwa i oddawanie dzieci pod państwową kuratelę, co umożliwia ich dystrybucję między tych, których obejmuje polityczny patronat funkcjonariuszy i sędziów: instytucje opieki państwowej, poprawczaki, pary jednopłciowe.

W swoim wielkim dziele Family and Civilization historyk społeczny Carl Zimmermann wykazał, iż w dziejach społeczeństw nowożytnych pomiędzy państwem a rodziną zawsze istniał rodzaj sprzężenia zwrotnego: gdy rosła siła państwa, obniżała się integralność i spójność rodziny.

Prędzej czy później będziemy musieli powiedzieć elektoratowi prawdę o państwie dobrobytu – największym wciąż istniejącym spadku po komunizmie, który łączy tę ideologię z komunizmem w wersji soft, reprezentowanym przez socjalno-chadecką demokrację Unii Europejskiej i z rewolucją seksualną. Wprowadzenie tej innowacji w życie państwa było grzechem pierworodnym partii chadeckich, gdy powstawały u schyłku wieku XIX i ponownie po roku 1945. Ci sami chrześcijańscy demokraci stworzyli i wciąż administrują Unią Europejską i nie przypadkiem właśnie oni są obecnie atakowani w całej Unii przez laicką i chrześcijańską prawicę. Chrześcijanie, którzy skarżą się dzisiaj na coraz bardziej radykalną rewolucję seksualną, nie mogą zaprzeczyć temu „grzechowi założycielskiemu”, dopóki sami korzystają z luksusu państwowej opieki.

Problem, czy wspierać bez ograniczeń welfare state, czy też łożyć na armię i zbrojenia, był jednym z ważniejszych elementów debaty w powojennej ekonomii politycznej. W Stanach Zjednoczonych czasowa dominacja armii w tej debacie w latach 80-tych odegrała znaczącą rolę w pokonaniu komunizmu. Lecz iluzoryczna „dywidenda pokoju” po roku 1989 pozostawiła na scenie państwo dobrobytu, właściwie bez opozycji i w Stanach, i w Europie. Cywilizacja, której komunizm nie potrafił pokonać zbrojnie, jest niszczona przez socjalny i chadecki komunizm w wersji soft.

W międzyczasie islamiści, zbrojni we własną, bardzo odmienną od europejskiej koncepcję relacji między polityką zbrojeniową a rodzinną, zagrażają nam nie z powodu lepszej armii czy ekonomii, czego nie posiadają, lecz ze względu na coś znacznie bardziej subtelnego i ulotnego: ich siłą jest – całkowicie odmienne od chrześcijańskiego – rozumienie tego, czego wymaga modernizacja ich cywilizacji zarówno od mężczyzn jak i kobiet. „Kwestią podstawową jest narodowa wola”, pisał przed trzema laty jeden z głównych analityków politycznych. „W wieku XVIII upadek Polski miał swoje przyczyny zarówno w konfliktach wewnętrznych i braku jedności szlachty, jak i w zagrożeniu zewnętrznym. W okresie międzywojennym była wola walki, lecz nie zawsze łączyła się ona z chęcią do poniesienia kosztów obrony – wolano wierzyć, że sytuacja nie jest tak groźna, jaką się stawała. Dzisiaj wola, by wierzyć w Unię Europejską i NATO, zamiast zrozumienia, że narody w ostatecznym rozrachunku muszą same zapewnić sobie bezpieczeństwo, jest problemem, który Polska musi rozwiązać”. Polska zaszła nieco dalej w rozpoznaniu tej prawdy niż inne kraje europejskie, lecz przed nami wciąż pozostaje zrozumienie jej pełnych implikacji.

Tezy, które przedstawiłem w tym tekście, nie są skomplikowane. To, co je łączy, to po prostu uznanie faktu, że świat powojenny (i po-zimnowojenny) to już przeszłość. Przedłużone wakacje, które sobie zafundowaliśmy jako odpoczynek i relaks po dwóch wojnach światowych i Zimnej Wojnie nie są „końcem historii” i nie mogą trwać wiecznie. Czas, by dorosnąć i zaakceptować odpowiedzialność, którą zawsze musieli podejmować dorośli członkowie stabilnych narodów: bronić zbrojnie naszych domów i krajów, żenić się przed płodzeniem dzieci, zapewnić byt sobie i naszym rodzinom w produktywnych ekonomicznie gospodarkach, nie konfiskując dóbr innych ludzi i akceptować tradycyjne zasady religijne, które zawsze trzymały pod kontrolą nasze pragnienia, obawy, resentymenty, obłudę, żądzę władzy i seksualność.

Zachód nie wydaje się zdolny do tego. Prędzej czy później, przywództwo musi przyjść z innej strony.

 

Stephen Baskerville

tłum. Anna Waśko

Guns vs butter to idiom, stosowany w ekonomii politycznej i w debacie politycznej od pocz. XX wieku, głównie w USA, ale używany też np. w hitlerowskich Niemczech. Dotyczy problemu i debaty, czy państwo ma przeznaczać środki na zbrojenia czy na rozwój gospodarki, świadczeń społ., itp. (przyp. tłum.).

Tekst zotał opublikowany w 127-128 numerze Dwumiesięcznika ARCANA – zobacz TUTAJ


Ostatnie wiadomości z tego działu

Prof. Wiesław Szymański (1932-2017)

Arcana 136

Prof. Nowak: Lech Kaczyński zapłacił za mówienie prawdy o Rosji

REWOLUCJA! Arcana z nową okładką!

Komentarze (0)
Twój nick:
Kod z obrazka:



Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wszystkie opinie są własnością piszących. Ponadto redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy wulgarnych lub nawołujących do nienawiści.

Wyszukiwarka

Reklama

Facebook


Wszystkie teksty zamieszczone na stronie są własnością Portalu ARCANA lub też autorów, którzy podpisani są pod artykułem.
Redakcja Portalu ARCANA zgadza się na przedruk zamieszczonych materiałów tylko pod warunkiem zamieszczenia informacji o źródle.
Nowa odsłona Portalu ARCANA powstała dzięki wsparciu Fundacji Banku Zachodniego WBK.