Czy wystarczy wam jeden batalion? – Ewa Polak-Pałkiewicz o szczycie NATO

Pytanie zadane ministrowi Antoniemu Macierewiczowi podczas szczytu NATO w Warszawie przez rosyjską dziennikarkę: „Czy wystarczy wam jeden batalion, żeby się obronić?” dźwięczy dobrze znajomym echem. Trudno w tym miejscu nie przywołać innego ironicznego pytania: „Ile dywizji ma papież?”.
16.07.2016 17:34

Pytanie zadane ministrowi Antoniemu Macierewiczowi podczas szczytu NATO w Warszawie przez rosyjską dziennikarkę: „Czy wystarczy wam jeden batalion, żeby się obronić?” dźwięczy dobrze znajomym echem. Zresztą podchwycone już zostało przez wiele tub propagandowych w Polsce, których zadaniem jest osłabić wymowę szczytu, obniżyć rangę decyzji, które tam zapadły, zdezinformować Polaków. Trudno w tym miejscu nie przywołać innego ironicznego pytania: „Ile dywizji ma papież?”, które padło z ust Stalina podczas konferencji w Poczdamie w 1945 r. Ta riposta wobec słów Churchilla, który oznajmił, że Pius XII jest przeciwny przejęciu władzy w Europie Wschodniej przez komunistów, oddaje wiernie pewne intencje, wobec których Zachód nie jest  - i nigdy nie był, wbrew jego namiętnym krytykom - obojętny. (Gdy słowa Stalina dotarły do Ojca Świętego miał odpowiedzieć: „Powiedzcie mojemu synowi Józefowi, że spotka moje dywizje w życiu wiecznym”). 

Na historyczny fenomen lipcowego szczytu NATO w Warszawie można patrzeć z różnych punktów widzenia. Jako na prawdziwy sukces polskich polityków reprezentujących nas wobec świata, dzięki zwycięstwu wyborczemu Prawa i Sprawiedliwości, w gorącym roku 2016. Jako na dowód realizmu i dalekowzroczności polityki Stanów Zjednoczonych – i innych państw sojuszniczych. Jako na świadectwo wreszcie, że w myśleniu ludzi Zachodu, mimo niebywałego zamętu, jaki niesie neomarksizm kulturowy (zwany też polityczną poprawnością), zaszczepiany umysłom ludzkim od wielu dziesięcioleci, elity polityczne i wojskowe zachowały niezmąconą jasność oceny rzeczywistości politycznej świata, umiejętność rozróżniania pojęć, docierania do istoty rzeczy - co jest podstawą skutecznej polityki obronnej. Niewypowiedziana wojna psychologiczno-informacyjna miała właśnie na celu dokonanie całkowitego pomieszania pojęć. Przedstawiciele elit Zachodu nie są jednak dziś w stanie uznać, że Rosja, państwo łamiące wszelkie normy moralne w polityce międzynarodowej, państwo, które jest agresorem wobec krajów ościennych i niesie zagrożenie dla całej Europy, jest takim samym krajem jak inne. Tego przeświadczenia - choć pracowała na nie cała polityka „konsensusu”, „współistnienia”:, „konwergencji” i innych wymysłów, które pod hasłami „zbliżenia” ukrywały postulat uwiądu myśli, defetyzmu, pacyfizmu, wyrzeczenia się odwagi i w rezultacie utratę zdolności do obrony własnych obywateli przez niektóre rządy krajów zachodnich - nie dało się w umysłach obywateli wolnych krajów na trwałe zaszczepić.

W dużym stopniu stało się tak dzięki wytrwałym politycznym wysiłkom ostatnich dwudziestu lat takich mężów stanu jak prezydent Lech Kaczyński, premier Jan Olszewski, premier Jarosław Kaczyński, a dziś zwłaszcza minister Obrony Narodowej, Antoni Macierewicz. Dzięki ich jednoznacznemu i bezkompromisowemu stanowisku w sprawie zagrożenia ze strony Rosji. Ta postawa i te wysiłki przyniosły dziś wymierny efekt. Niebezpieczeństwo powszechnego uznania, że Rosja ma prawo narzucać światu swoje reguły oddala się dziś, jakby za sprawą podania jakiegoś szybko działającego leku na przewlekłą chorobę. Zachód, jakby zaczął przecierać nagle zamglone szkła okularów i widzieć rzeczywiste kontury tego „innego świata”, ogarniętego przez zdeprawowaną mentalność. Wojskowi NATO potrafią bezbłędnie wskazać prawdziwe źródło zagrożenia. Stąd decyzje, które zapadły przed i podczas warszawskiego szczytu, które niosą dla nas i innych krajów europejskich solidne poczucie ładu i sporą gwarancją bezpieczeństwa. 

Ale jest i drugie, z pewnością ważniejsze źródło tego historycznego zwrotu, jakiego dokonały osobistości Zachodu ku miejscu na mapie, które nie odznacza się specjalnie imponującymi rozmiarami, ani szczególnymi osiągnięciami gospodarczymi, położenie zaś jego mogłoby wskazywać na to, że obszar ten już dawno powinien zostać wchłonięty przez którąś z dwóch potęg, które otaczają je od wschodu i zachodu. A jednak Polska nie została nigdy wchłonięta i podporządkowana, nawet w czasie zaborów, nawet w okresie okupacji niemieckiej i sowieckiej. Pozostała miejscem oporu wobec prób zniszczenia jej dóbr duchowych, które decydują o przetrwaniu państwa i narodu: wiary, kultury, mentalności jej mieszkańców, wobec prób unicestwienia ducha walki o pełną wolność i suwerenność. Została „osobna” na kontynencie, wraz z całą swoją odrębnością, bogactwem duchowym i kolorytem, o czym zresztą świadczy jej wygląd – polski krajobraz jest bardzo odmienny, tak od rosyjskiego, jak i niemieckiego. Jest on dla wielu ludzi, którzy przyjeżdżają tu po raz pierwszy, jak chociażby tegoroczni, tak liczni wczasowicze i turyści z Europy zachodniej – odpowiednikiem pewnego klimatu społecznego i ładu, który pociąga, a nawet imponuje, mimo braku zewnętrznego bogactwa, luksusu i  zaplecza cywilizacyjnego na wysokim poziomie. Jest to ten rodzaj ładu, który budzi jak najżywsze uczucia przybyszów, aprobatę, czasem zdziwienie i wraz z nim narastające zainteresowanie. Budzi ukryte tęsknoty. Budzi pytania: co jest jego podstawą?

Vicoria wiedeńska, Victoria warszawska 

Jeśli idzie o ten ład, to trzeba stwierdzić z całym naciskiem, że Polska była zawsze bardziej europejska niż reszta kontynentu, począwszy od XV i XVI wieku. Polska poszła swoją drogą w czasie reformacji, która została u nas odrzucona, podczas gdy Europę przedzieliła na pół i niezwykle osłabiła, także politycznie i intelektualnie. Istota reformacji to zniesienie katolickiej zasady boskiego autorytetu, „a razem z nim zniesione zostają dogmaty wiary, bowiem jeśli któryś z nich nadal obowiązuje, dzieje się tak nie mocą boskiego autorytetu Kościoła, lecz na mocy subiektywnego odczucia. Uznawanie prawdy objawionej za prawdę nie dlatego, że została objawiona, lecz dlatego, że odpowiada subiektywnemu odczuciu, jest herezją” (Romano Amerio). Pęknięcie było realne i niezwykle głębokie, o czym dziś, w dobie, gdy najwyższa hierarchia Kościoła tak często popada w niczym nie tłumaczący się festiwal umizgów wobec protestantyzmu, warto pamiętać.

Znamiennym wyłomem w tego rodzaju myśleniu był szczyt NATO w Warszawie – zasługa polskich elit politycznych, zwłaszcza zaś nieprawdopodobnie odważnego człowieka o ogromnej politycznej wyobraźni i intelektualnej dyscyplinie, ministra Antoniego Macierewicza. Okazał się on autorytetem w dziedzinie myśli politycznej dla przywódców Zachodu. Wcale nie dlatego, że reprezentuje jakąś wyjątkową siłę państwa na granicy wschodniej Europy. Dlatego, że wykazał się odwagą w myśleniu i niezłomnymi zasadami. Zachował się jak prawdziwie katolicki mąż stanu. Jego kompetencje w dziedzinie bezpieczeństwa zostały przez świat polityczny Zachodu bardzo wysoko ocenione.

Tradycyjna katolicka doktryna podstaw działania instytucji demokratycznych – obejmująca także pojęcie suwerenność narodu - jest absolutnym przeciwieństwem powszechnie obowiązującej dziś koncepcji, według której każda taka instytucja, łącznie z państwem, kieruje się prawem, które aprobuje czy uchwala jego większość. W doktrynie katolickiej jest inaczej: lud, któremu powierzona zostaje władza (pochodząca od Boga) ma się kierować prawem Boskim. 

Wszyscy reformatorzy w Kościele, tak samo jak ogromna większość współczesnych polityków – wyjątkiem są obecni przywódcy Polski oraz Victor Orbán; stopniowo doszlusowują do nich przedstawiciele pozostałych państw Europy Środkowo-Wschodniej – „odrzucają zasadę, iż działania polityczne winny być podporządkowane innemu prawu aniżeli to, które jest wypadkową opinii publicznej”, jak to ujmuje prof. Romano Amerio. Włoski uczony zwraca uwagę przy okazji na szereg paradoksów, które tkwią w systemie demokratycznym. Jednym z głównych jest absurdalne oczekiwanie, by „za kryterium oceny słuszności czyjegoś sądu przyjmować coś innego niż wiedzę i kompetencje”. W wyniku powszechnego nadużywania tego kryterium instytucja referendum stosowana coraz częściej przesądza, że ludzie („większość”!) decydują o rzeczach, na których się zupełnie nie znają. 

Także w Polsce osiągamy dziś tak zawrotne sukcesy – pracowicie pomniejszane i dezawuowane przez lewacko-liberalne ośrodki opinii jak i te najbardziej skrajnie konserwatywno -"katolickie" – nie dlatego, że zmian życzyła sobie większość Polaków. Przeciwnie, większość jak zwykle siedziała w domu, nie poszła do wyborów, wyrażając w ten sposób całkowitą niewiarę w działanie instytucji demokratycznych. Wygrała względna większość uprawnionych do głosowania, większość w stosunku do grupy, która głosowała za poprzednią ekipą. A więc nie zwyciężył wcale „ogół” Polaków, czyli tzw. „wszyscy”. „Jest nas więcej, jesteśmy większością, więc mamy rację na zasadzie samej arytmetyki i nam się należy władza”, to w oczywisty sposób bzdurna reguła. (Amerio przypomina, że także deputowani Stanu Trzeciego, którzy reprezentowali pełny przekrój narodu uznawali swoje prawo do jego reprezentowania, przeto uznali się za jego „całość”. „W ten sposób owo zgromadzenie sprokurowało cały ciąg zdarzeń powodujących nieodwracalne zmiany: a choć stanowiło niewielką część narodu (niekoniecznie, mówiąc oględnie, najbardziej wartościową), zawłaszczyło miano narodu”. 

Nieprzyjaciele suwerenności Polski, czy innych krajów, zawsze będą wykorzystywać chwiejność tej zasady i podważać legalność władzy opartej o tego rodzaju wybory. 

Władza od Boga pochodzi – trzeba to przyjąć jako pewnik, taka jest nauka Kościoła, i wyciągnąć z tego wszelkie wnioski, wszystkie intelektualne i moralne konsekwencje. Stawką jest tu autorytet władzy. W konsekwencji zaś – religijny, czy raczej teologiczny - sens istnienia państwa. Choć wydaje się to czymś zaskakującym, brzmi "niedzisiejszo", w naszym kraju sens ten dobrze rozumiany był przez jego obywateli na przestrzeni wszystkich wieków trwania naszej historii. 

Stanisław od Jezusa i Maryi

Szczyt NATO, ów międzynarodowy sukces Polski poprzedziła – zaledwie o miesiąc - dokonana w Rzymie kanonizacja św. Stanisława Papczyńskiego (1631-1701), założyciela Marianów. Św. Stanisław od Jezusa i Maryi Papczyński był wybitnym politykiem Kościoła (choć nie był osobistością polityczną), na co dziś nie zwraca się zupełnie uwagi w jego biografiach. Popularyzowanych zresztą, nawet w czasie kanonizacji, bez specjalnego wniknięcia w przyczyny wyniesienia tej Postaci na ołtarze; ograniczających się z reguły do paru niewiele mówiących zdań o kolejach jej życia, pełnego rzeczywiście nieprawdopodobnych wręcz zdarzeń i dramatycznych przygód. 

Wyróżniało go świetne wykształcenie, które zdobył pośród niesłychanych przeciwności (był synem zamożnych chłopów z Małopolski), talent oratorski, kaznodziejski i pisarski. Przede wszystkim zaś czysta, "dziecięca", niezłomna wiara, w której szczególne miejsce przypadało kultowi Niepokalanie Poczętej. Był autorem dzieł z duchowości, które stały się bestsellerami wśród ówczesnych elit społecznych – czytywał je m.in. Jan III Sobieski – i słynącym z daru mądrości wychowawcą magnackich synów, utalentowanym nauczycielem retoryki, przenikliwym doradcą duchowym wielu ustosunkowanych osobistości (króla, biskupów, nuncjusza Antonio Pignatellego, późniejszego papieża Innocentego XII). Był człowiekiem niezłomnych zasad moralnych. Choć wstąpił do pijarów (jego osobistą zasługą była beatyfikacja św. Józefa Kalasantego, założyciela zakonu), sprzeciwił się nieporządkom moralnym w zakonie, łamaniu ślubów ubóstwa, brakowi gorliwości i ewangelicznego radykalizmu. Uznał za niezbędną reformę zakonu, zwłaszcza polskiej prowincji, która stanowiła wspólnotę z Niemcami. Silny konflikt z niemieckimi współbraćmi spowodował oskarżenie go o „wichrzycielstwo” i wezwanie do Rzymu, do generała zakonu. Św. Stanisław był uparty i konsekwentny, nie tolerował moralnego zła w Kościele. Władze zakonu uniemożliwiły mu widzenie się w sprawie reformy pijarów z papieżem. W rezultacie Stanisław poprosił o zwolnienie ze ślubów zakonnych (przeszedł pod jurysdykcję biskupa krakowskiego, Andrzeja Trzebnickiego). Polscy pijarzy nie przyjęli tego do wiadomości, zorganizowali porwanie Stanisława Papczyńskiego, traktując go w czasie przewozu do odległego klasztoru i „aresztu” z wyjątkową brutalnością. Po trzech miesiącach przetrzymywania w Podolińcu a potem w Prievidzy na Węgrzech uwolniono go i mógł złożyć kolejne swoje śluby ubóstwa, posłuszeństwa i czystości. Przywdział biały habit, ofiarował się Bogu i Najświętszej Maryi Pannie. Postanowił założyć zakon, którego celem będzie sławienie Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Wspólnota, którą widział już „oczami duszy”, a która dziś jest licznym i zasłużonym dla Kościoła i polskości zakonem Marianów, jeszcze nie istniała. Został kapelanem na zamku Karskich, potem zamieszkał w pustelni. Był rok 1670. 

Niebywała energia, silne poczucie misji, wytrwałość w wierze i zdolność do ogarnięcia umysłem sytuacji politycznej Rzeczypospolitej w burzliwym czasie wojen ze Szwedami, Turkami i Rosją pozwoliło mu wyrobić sobie pogląd, że w Polsce najważniejsze jest – dla władzy królewskiej i dla Kościoła oraz dla jej wszystkich mieszkańców - zwalczanie sił szkodzących duszy króla, życiu duchowemu Polaków, i zarazem szkodzącym państwu. O. Kazimierz Wyszyński, marianin, znający wiele faktów jego życia od bezpośrednich świadków, pisze w biografii o przyjeździe św. Stanisława Papczyńskiego do Żółkwi, rodowej siedziby Żółkiewskich, z których – od strony matki - wywodził się Sobieski, ze specjalną duchową misją: „Słyszałem od Starszych naszych, a najpewniej od nieboszczyka Brata Antoniego Cieńskiego, który w naszym Zakonie świątobliwie żył i szczęśliwie za mnie - wiedząc o dniu swojej śmierci - z tego świata zszedł, jako nasz Czcigodny Ojciec Stanisław, będąc w Żółkwi na Rusi, gdzie zamek szatani mieli byli opanować, tak że nikt do niego przystąpić nie mógł, że w nim słychać było, jakoby wojsk jakich trzaski, hałasy, do którego to Zamku Czcigodny Ojciec z Krzyżem miał wejść, i to wojsko szatańskie wygnać, i Zamek oswobodzić”.

Analogie z dzisiejszymi czasami narzucają się same. Św. Stanisław jest bez wątpienia patronem wydarzeń, które przywracają Polsce bezpieczeństwo zewnętrzne, choć wszyscy wierzący Polacy wiedzą, że chodzi tu nade wszystko o pokonanie potęgi duchowej, która zawsze posługuje się kłamstwem i która wywołuje spustoszenie w osłabionych w wierze ludzkich umysłach. 

Nasi zmarli: „Większa Rzeczpospolita” 

„Prawdopodobnie na początku ówczesnych lat siedemdziesiątych zaczęły się bliższe kontakty Jana Sobieskiego z Papczyńskim”, pisze jego biograf, o. Wacław Makoś MIC. Towarzyszył Sobieskiemu podczas wyprawy i walk na Ukrainie. Jego zwyczajem stało się odwiedzanie pól bitew i modlitwa wśród ciał poległych, za ich dusze. „I tam miał mieć od Dusz zabitych prośbę”, pisze we wspomnieniach ojciec K. Wyszyński, „aby ich ratował i sposób do ratunku podał, mówiących mu, iż nas w Czyśćcu większa się Rzeczpospolita znajduje, niżeli tu na ziemi, wielkie i nieznośne męki cierpiących, zaczym, Ojcze zmiłuj się nad nami, znajdź sposób do ratunku nas. I stąd poszło, że z Królem Janem się zniósłszy ten Zakon dla Wspomagania owych dusz erygowali, do czego i Biskup Poznański Wierzbowski wiele dopomagał, po tym zaś wielu innych Dobrodziejów, także i Rzeczpospolita cała, widząc być wielce potrzebnym Zakon na ratunek tak wielu Dusz, pod tytułem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Panny zostający, On w swoją i Królów Ichmościów protekcję wieczną przyjęła, część Królewszczyzny na erygowanie tegoż Zakonu udzielając”.

Słynący z pobożności Jan III Sobieski miał osobistą zasługę w powstaniu zakonu Marianów, którego jednym z istotnych zadań miało być niesienie pomocy duszom cierpiącym w czyśćcu. 

Wizjoner przypomina o konieczności wybaczania 

Sobieski przed stoczeniem bitwy pod Chocimiem prosił bliskiego sobie opiekuna duchowego i męża Bożego Stanisława, o wsparcie modlitewne. „O. Papczyński, mieszkający wtedy w Pustelni Korabiewskiej, nie tylko sam na apel odpowiedział, ale też podjął się organizowania na Mazowszu krucjaty, albo misji modlitewnej, o zwycięstwo hetmana. W dniu odniesionego pod Chocimiem zwycięstwa o. Stanisław znajdował się w Chojnacie. W czasie nabożeństwa i zachęcania ludzi do modlitwy o pokonanie wroga, miał wizję, po której publicznie ogłosił ludziom, że oręż polski odniósł zwycięstwo nad Turkami. Dalszy ciąg nabożeństwa stanowiło już dziękczynienie" (o. Wacław Makoś MIC). 

Stanisław Papczyński cieszył się, gdy w obronie kraju Polacy pod wodzą Stanisława Rewery Potockiego i Jerzego Lubomirskiego, odnieśli pod Cudnowem (1660 r.) spektakularne zwycięstwo nad potężniejszą armią Szermietiewa. Tym bardziej przepełniała go wtedy radość, że walka nie miała charakteru agresji na sąsiadujący kraj, ale była toczona w obronie Rzeczypospolitej, a po zwycięstwie, wodzowie nie kierowali się zemstą wobec pokonanych, lecz w odróżnieniu od wielu innych ówczesnych zwycięzców, okazali się dla nich bardzo ludzcy. W usta Jerzego Lubomirskiego o. Stanisław Papczyński wkłada takie słowa:

"Nie tylko cechą Rzymian, ale i Polaków jest: Ludy podbite oszczędzać, a mieczem poskramiać zuchwałe (Wergiliusz, Eneida VI 853). Kiedy zobaczyliśmy, jak wy Moskale zuchwale chwyciliście za broń przeciwko nam, sile przeciwstawiliśmy siłę i przy pomocy Boga, mściciela wszelkiego zuchwalstwa i krzywdy, popierającego sprawiedliwe nasze wysiłki, agresję waszą powstrzymaliśmy, i co więcej, odparliśmy ją. Jednakże teraz, kiedy korzycie się przed nami i oddajecie się do naszej dyspozycji, chowamy nasze miecze do pochew i okazujemy wam pobłażanie, jakie z natury żywimy do wszystkich ludzi. Oszczędzamy pokonanych. Idźcie pokrzepić waszych towarzyszy wiadomością o zawartej ugodzie. Przekażcie wszystkim potomkom, że nasza Polska zawsze obchodziła się z wami łaskawie”.

Ostatnia Miesięcznica smoleńska i słowa, jakie wypowiedział Jarosław Kaczyński o konieczności modlitwy o nawrócenie ludzi z KOD-u bardzo przypominają płomienne wezwania o. Papczyńskiego podczas szalejących wojennych nawałnic i nieustannych zagrożeń Rzeczypospolitej, by wrogów Rzeczpospolitej traktować jak ludzi, nawet, gdy prowadzi się z nimi walkę. „Troska o. Papczyńskiego (przed Konarskim!) o dobrą formację moralną obywateli, a zwłaszcza członków klasy rządzącej, uderza w oczy, gdy się czyta Zwiastuna królowej sztuk, Mistyczną świątynię Bożą, czy Wejrzenie w głąb serca. Przez (…) ukazanie celu i sensu życia, o. Stanisław prowadzi każdego do głębszego rozumienia obowiązków i przyjęcia za nie pełnej odpowiedzialności. Mający to na oku, lepiej pojmują wagę przykazań i potrzebę cnót, zwłaszcza społecznych. Rodzicom i wychowawcom przypomina o obowiązku wychowania dzieci na dobrych i mądrych obywateli, miłujących Ojczyznę i gotowych do pracy i poświęcenia się dla niej:

Narodziliśmy się nie dla samych siebie, lecz dla ojczyzny. Nie jest obywatelem państwa (dosł. „ojczyzny”) ten, kto żyje tylko dla siebie, chociaż z trudem da się powiedzieć o kimś, że żyje dla siebie, jeśli nie żyje dla nikogo innego. Czymś hańbiącym jest nie wyrosnąć przez tyle lat z kołyski, zawsze się na nią oglądać, wciąż się na niej opierać. Niektórzy uważają siebie ze wystarczająco szlachetnych, jeśli widzą, jak ich wypieszczone dzieci pomagają im w gospodarstwie, a jeszcze bardziej, gdy dostają się do trybunałów czy sejmików. Powinienem może jeszcze dodać: jak udają się na przyjęcia i na pijatyki, co nie przystoi nie tylko Polakowi, ale człowiekowi w ogóle. Prawdziwych mężów nam potrzeba, a nie nicponi, nie mętów społecznych. Dajcie ojczyźnie Polaków, nie pachołków, tj. dajcie ludzi silnych, odważnych, zdolnych do wielkich wysiłków, zaprawionych do walki, przygotowanych do udziału w naradach. Takiego oczekuje ciebie i domaga się ojczyzna. Takim zaczyna się cieszyć”.

Gdy patrzymy na osiągnięcia Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza, prezydenta Andrzeja Dudy, te maksymy mogą stanąć przed oczami, jako żywy dowód Świętych Obcowania. 

Co to znaczy: Niepokalane Poczęcie? 

Zaangażowanie Stanisława Papczyńskiego na rzecz dogmatu o Niepokalanym Poczęciu (na dwieście lat przed jego przyjęciem przez Kościół!) – wyraz wyjątkowej przenikliwości teologicznej, filozoficznej i moralnej jest świadectwem jego talentu sięgania umysłem do najbardziej subtelnych aspektów prawd wiary. Stworzył pierwsze w świecie zgromadzenie zakonne, którego zadaniem było szerzenie prawdy o Niepokalanym Poczęciu. Posiada ona treść dziś chyba nie bardzo rozumianą. Treść filozoficzno-religijną: ukazuje Wcielenie Syna Bożego od strony Boga. Czym mianowicie było ono w Jego zamyśle i jakie miało przynieść rezultaty dla człowieka, jeśli idzie o odczytanie relacji stworzenia wobec Stwórcy i Odkupiciela. Dzieło św. Stanisława Papczyńskiego wyprzedzało teologię Kościoła o dwa wieki. Niesienie pomocy duszom w czyśćcu cierpiącym było także mocno związane z kultem Niepokalanego Poczęcia N.M.P. Kult Niepokalanego Poczęcia i Opatrzności Bożej był czymś, co żywo łączyło obydwu przyjaciół, króla Sobieskiego i św. Stanisława.

"Pokładając wszystkie nadzieje w Bogu naszym"

"Król wychowany w podobnym duchu przez rodzinę, a teraz umacniany przez swojego teologa i spowiednika, wielokrotnie w czasie wyprawy wiedeńskiej publicznie i prywatnie wyraża taką właśnie, pokorną postawę i przekonanie o miłującym Bogu i Jego Opatrzności. Na każdym kroku prosi Go o opiekę, błogosławieństwo i pomoc, a znowu po tym wysławia Go, lub dziękuje Mu za otrzymane łaski i osiągane sukcesy. W każdym liście do swej małżonki, co chwilę powtarza słowa: „jeśli Bóg pozwoli”, „Bogu niech będą dzięki”, „za łaską Bożą”, „pokładając wszystkie nadzieje w Bogu naszym” itp (...)".

„Król (…) daleki był od przypisywania sobie samemu zwycięstw. Po odniesieniu zwycięstwa pod Wiedniem, w pierwszym zdaniu listu do żony pisze 13 września 1683 r.: Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały. Działa wszystkie, obóz wszystek, dostatki nieoszacowane dostały się w ręce nasze. Natomiast wysyłając do Rzymu zdobyty sztandar islamski – parafrazując historyczną wypowiedź Cezara - pisze do papieża: Venimus, vidimus, Deus vincit – Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył.

Jeśli Sobieski już z Warszawy wyjeżdżał pewny zwycięstwa, to po otrzymaniu błogosławieństwa przedstawicieli Kościoła, wsparciu przez modlący się lud w najważniejszych sanktuariach Polski, już do końca kampanii się nie zachwieje. Przez cały czas będzie pewny zwycięstwa, bo wie, że nie idzie walczyć w swojej prywatnej sprawie, o swoje wyniesienie i chwałę, lecz w sprawie słusznej, w imieniu wszystkich wspierających go, całego narodu; że podjął ją dla dobra Ojczyzny i Europy, całego chrześcijańskiego świata i przede wszystkim dla wypełnienia woli Boga i pomnożenia Jego chwały”.

„Sobieski nie ma wątpliwości, ale inni, tej jego pewności się dziwią, bo potęga militarna wroga pod wielu względami przewyższa siły chrześcijańskie.(...) W samym dniu rozpoczęcia bitwy, nie zabraknie nawet naśladownictwa Bożego działania przez demona, tj. huraganowego wichru w oczy chrześcijańskiemu wojsku. Król o tym jest wyraźnie przekonany i w liście do żony 12 września powołuje się na opinię o wezyrze Kara Mustafie, jako „uprawiającym czarnoksięstwo”. Jeśli nawet było to rzeczywiste działanie złego ducha, to wszystko już na nic mu się nie zdało. Nie tylko król, ale także niezmiernie wyczerpani trudnościami, wysiłkiem i osłabieni głodówką żołnierze, już nie utracą ducha. Ich gotowość do walki król określił krótko, mówiąc, że „ludzie nasi bardzo ochotni”. Natomiast Kochowski pisze, że piechota szła do boju, „jako na taniec w ogień żywy”. Gdyby ktoś pomyślał, że jest to tylko przesadne wyrażenie poety, może je skonfrontować z wypowiedzią większego realisty, generała artylerii Kątskiego, który też powiada, że Turcy „ochoty żołdatów, którzy oślep szli jak do tańca, wytrzymać żadną miarą nie mogli”.

„Król wypowiada 13 września w swoim liście do żony jakby rytualne słowa biblijne: Niech się wszyscy cieszą, a Panu Bogu dziękują, że pogaństwu nie pozwolił pytać się: A gdzie wasz Bóg? (por. Ps 42,4). Żywiołowo w tym momencie przeżywała zwycięstwo autentyczna Europa, uwolniona już od potwornej wizji przyszłości”. (cytaty wg, pracy o. Wacława Makosia MIC)

Miesięcznice smoleńskie organizowane od 2010 roku wrażają taką samą wiarę Polaków. Nie jest przypadkiem, że Stanisław Papczyński kanonizowany został na miesiąc zaledwie przed warszawskim szczytem NATO. Tak bardzo by się chciało, by Kościół polski, prymas i biskupi dostrzegli koincydencję zdarzeń, która w roku rocznicy Chrztu Polski ma miejsce już po raz kolejny - potwierdzenie dogmatu o Świętych Obcowaniu, o wpływie na nasze losy, odpowiedzi na modlitwy naszych przodków, zwłaszcza tych, którzy dostąpili „chwały ołtarzy”.

Pierwsze spektakularne wydarzenie to uratowanie z niebezpiecznego wypadku prezydenta Andrzeja Dudy w dniu wspomnienia św. Kazimierza Królewicza, w Polsce i na Litwie czczonego jako patrona sprawujących władzę, dziś prawie zupełnie zapomnianego. Drugie to właśnie fakt, że decydujące o naszych losach, jako suwerennego państwa, polityczno-militarne wydarzenie bezpośrednio poprzedzone jest kanonizacją człowieka, który miał niezwykłą jasność w dostrzeganiu politycznych i duchowych zagrożeń dla wiary katolickiej. W konsekwencji - zagrożeń dla bytu Polski i Europy w dobie przeorywującej Europę rewolucji Lutra oraz agresji islamu, który osiągał szczyt swojej politycznej i militarnej potęgi.

I oto w tak niedługim czasie od kanonizacji Warszawa, w której św. Stanisław pełnił przez dłuższy czas swoją misję, staje się centrum strategicznych decyzji międzynarodowych o ogromnym znaczeniu na rzecz bezpieczeństwa militarnego Europy i naszego kraju. Intelektualna waga argumentów, odwaga moralna, kunszt dyplomatyczny Antoniego Macierewicza i polityków polskiego rządu oraz pana prezydenta powodują, że najsilniejsze mocarstwo świata wraz z innymi państwami sojuszniczymi decyduje się stworzyć w Polsce podstawową bazę systemu bezpieczeństwa. I to w chwili, gdy Rosja osiąga – wydawałoby się – apogeum swoich możliwości psychologicznego obezwładniania państw Zachodu, zrównywania ofiar terroru z ich sprawcami, wywoływania chaosu i poczucia zagrożenia w krajach europejskich.

Szczyt NATO pokazał, że wbrew propagandzie relatywizmu i etyki sytuacyjnej możliwe jest w polityce zasadnicze rozróżnienie w kwestiach dobra i zła, rozróżnienie, którego – z uwagi na wpływ Rosji – coraz wyraźniej unikała polityka międzynarodowa, począwszy od roku 1917. Przypomnijmy, w roku, w którym Matka Boska przestrzegała w Fatimie przed niebezpieczeństwem rozlania się „błędów Rosji” na cały świat, o ile państwo to nie zostanie Jej poświęcone.

Ktoś kto jest rozbójnikiem i agresorem nie może być traktowany jako przyjaciel, nie może dyktować warunków. Nie można z lęku przed nim cofać się i przyjmować kolejnych upokarzających „ofert pokoju”, które - na krótko i bez gwarancji - dadzą tylko pozory pokoju, odrobinę oddechu sparaliżowanym strachem i zagrożonym terrorem społeczeństwom. Polacy pokazali, że polityka jest dziedziną, w której osiągają - w bardzo krótkim czasie, zaledwie ośmiu miesięcy od przejęcia władzy przez ekipę Prawa i Sprawiedliwości! - sukcesy, dzięki swojemu zdrowemu rozsądkowi, odwadze mówienia prawdy, umiejętności przywracania sensu pojęciom i przypominaniu o nieodległej historii agresji na nasz kraj, która tak łatwo ulega dziś zapomnieniu, a której także naród nasz zawdzięcza w niemałej części swoją polityczną mądrość.  

Kwestia autorytetu 

Nie ma czegoś takiego w życiu politycznym, w historii, jak „równowaga sił”. Zawsze elementem sprawczym jest intelektualna i moralna przewaga tego, kto potrafi rozpoznać swoim umysłem Prawdę i żyć na chwałę Boga, służyć Bogu. To znaczy także - posłużyć się danymi mu od Boga darami. Tego, kto czyni właściwy użytek ze swojego rozumu, potrafi zrozumieć sens swojego powołania, cel swojej misji, kto pamięta o życiu wiecznym. Ludzi o takich zdolnościach ma dziś Polska na szczytach władzy. Jesteśmy uprzywilejowanym w świecie krajem. Mamy zadatki na wielkość. Tak jak wtedy, gdy decydował o losach Europy król Jan III Sobieski tocząc bitwę z agresywnymi wyznawcami fałszywej wiary, a doradzał mu w sprawach wiecznych dzisiejszy nowy, wciąż mało znany polski święty.

"Udzieliła się im ta sama potęga, która przecież powołała do bytu i obejmuje całe stworzenie. Ona podtrzymuje wszechświat w istnieniu, decyduje o obrotach i drogach miliardów planet, gwiazd, galaktyk i całego kosmosu. To ten sam Duch Boży, którego Sobieski szereg razy nazywał Panem Zastępów Niebieskich, który zadomowił się już w jego sercu i jego armii, a teraz udzielił się również sprzymierzonym. Przybył tu ze swą mocą, bo znalazł jedność i zgodne współdziałanie tych, którzy wielokrotnie w przeszłości byli sobie wrogami i wzajemnie się niszczyli. Teraz są sprzymierzeni, a gdzie jest współpraca, zgoda i miłość, tam pojawia się Bóg ze swoją wszechmocą, bo On jest Miłością – jak mówi Ewangelia i często przypomina w swoim nauczaniu o. Stanisław.” (o. Wacław Makoś MIC).

Między sferą wiary i kultu a dziedziną działań politycznych jest więcej związków niż można by sądzić. Życie duchowe jest bowiem nieoddzielne od życia fizycznego, dokąd jesteśmy na ziemi.

To dlatego naga dziewczęca, delikatna stopa Królowej Polski, Niepokalanie Poczętej depcze głowę Księcia Tego Świata. To dlatego Polska jest dziś tak szczęśliwym - i bezpiecznym - krajem.

Rozważ, że wcale nie powinieneś się trwożyć, choćby przeciw tobie powstawał nawet cały świat i piekło; nigdy też z powodu strachu nie powinieneś stracić odwagi do walki, ponieważ Pan ma moc, by cię wspomagać i zachować wolnym. Nigdy też cię nie opuszcza, chyba, że wystawia cię na próbę dla większej zasługi. Albowiem skoro zostałeś przyjęty do Bożych szeregów, wiedz, że powinieneś doświadczać walki z rozmaitymi wrogami, abyś przez to wyćwiczył się w cnocie. Ale tylko w Nim pokładaj ufność, w Bogu, który za ciebie walczy. Nie pokładaj jej w tysięcznych swoich sztuczkach, ale postępuj tak, jak to czynili ci, którzy, stając do boju mówili: "Oni w wozach i koniach pokładają nadzieję, my zaś w imieniu Pana" (por. Ps 19,8). W tym właśnie, imieniu zwyciężysz każdego wroga, mając tarczę wytrwałości i używając miecza modlitwy (Św. Stanisław od Jezusa i Maryi Papczyński, Założyciel Marianów, kanonizowany 6 czerwca 2016 r. w Rzymie).

Ewa Polak-Pałkiewicz

 


Ostatnie wiadomości z tego działu

Potrzebujemy niepodległych elit mówi nam Jarosław Szarek, prezes IPN – ARCANA 132 już w księgarniach!

Spotkania wokół książki „Harcerską drogą do niepodległości. Od »Czarnej Jedynki« do Komitetu Obrony Robotników”

Polska i Węgry w roku 1956 i Czas Apokalipsy – ARCANA 131 w księgarniach!

Wspomnienie: Iwo Cyprian Pogonowski

Komentarze (1)
Twój nick:
Kod z obrazka:


wq
17.07.2016 21:26
książki historyczne Arcana wydają bardzo dobre, ale publicystyka to tragedia.

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wszystkie opinie są własnością piszących. Ponadto redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy wulgarnych lub nawołujących do nienawiści.

Wyszukiwarka

Reklama

Facebook


Wszystkie teksty zamieszczone na stronie są własnością Portalu ARCANA lub też autorów, którzy podpisani są pod artykułem.
Redakcja Portalu ARCANA zgadza się na przedruk zamieszczonych materiałów tylko pod warunkiem zamieszczenia informacji o źródle.
Nowa odsłona Portalu ARCANA powstała dzięki wsparciu Fundacji Banku Zachodniego WBK.