ARCANA 127-128: Niemieckie Jugendamty kontra rodzina – teksty Anny Zechenter

Gdy po zjednoczeniu Niemiec prasa zaczęła z oburzeniem odkrywać prawdę o Zwangsadoption – adopcji przymusowej, stosowanej szeroko przez Jugendamty (Urzędy ds. Młodzieży) podległe Ministerstwu Oświaty kierowanemu przez żonę szefa partii komunistycznej Margot Honecker wobec „elementów wrogich politycznie” i rodziców podejrzanych o nieprawomyślny stosunek do państwa – osobom naiwnym wydawać się mogło, że koszmar odbierania dzieci rodzicom przez państwo już się nie powtórzy.
23.04.2016 12:23

Tymczasem dziś ze stronami internetowymi poszukujących się rodzin rozdzielonych w czasach enerdowskich sąsiadują portale ofiar Jugendamtów w mieniącej się demokratyczną i wolną Republice Federalnej – z tym porażającym zastrzeżeniem, że skala zjawiska przerosła praktyki komunistycznej władzy. Liczbę „przejętych” w NRD dzieci szacuje się ostrożnie na siedem tysięcy, podczas gdy w dzisiejszych Niemczech odbiera się ich w ciągu jednego roku sześć razy więcej.

Te same gazety, które rozpowszechniały i do teraz opisują historie poszczególnych ofiar komunistycznych Jugendamtów, nabierają wody w usta, gdy chodzi o zabieranie dzieci w zjednoczonej Republice Federalnej. Bo tamta władza była „zła”, a demoliberalizm jest humanitarny.

W NRD odbierane przemocą lub podstępem dzieci kierowano do specjalnych domów dziecka – było ich 42, w tym 31 o zwiększonym rygorze, przeznaczonych dla starszej młodzieży. Funkcjonował też Zamknięty Zakład Torgau, gdzie dla świętego spokoju zamykano szczególnie niepokornych nastolatków. Przymusowe adopcje były bodaj jednym z najboleśniejszych instrumentów represji, stosowanym najczęściej wobec schwytanych uciekinierów, ludzi starających się legalnie o zezwolenie na wyjazd z komunistycznych Niemiec, osób nieokazujących poparcia dla partii. Aby zalegalizować państwowy kidnaping, Margot Honecker, minister po szkole podstawowej, na fotografiach uśmiechnięta w otoczeniu garnących się do niej dzieci, zleciła dokonanie zmian w prawodawstwie: od 1970 roku dostatecznym powodem do zabrania dziecka było uznanie przez Jugendamt, że rodzice „nie potrafią wychować potomstwa w duchu socjalistycznym” – dziś w Bundesrepublice tę samą rolę pełni formułka o rodzinach „niewydolnych wychowawczo”.

Za obecną przestępczą polityką państwa niemieckiego stoi zatem nie tylko tradycja rodem z III Rzeszy, ale i ta młodsza enerdowska. Ostatni mur chroniący rodzinę obaliły konsekwencje rewolty lat 60. XX wieku na Zachodzie. Wtedy właśnie buntownicy zaczęli urzeczywistniać ideę podminowania zastanej rzeczywistości, by zyskać realny wpływ na instytucje państwa. Sięgająca XVIII wieku idea demontażu tradycyjnego systemu wartości zyskała po II wojnie światowej na Zachodzie swoją nową szansę. Dojrzewając w marginalnych początkowo środowiskach lewicowych, zaistniała następnie w szerokiej przestrzeni publicznej, gdy (dzięki wsparciu przez moskiewskich specjalistów od pieriekowki dusz) owładnęła umysłami buntowników lat 60. Okrzyk Herberta Marcuse: „Dorwiemy was przez wasze dzieci” przestał być groźbą, a stał się rzeczywistością.

Dobro dziecka?

Dziś przez niemieckie miasta przetaczają się demonstracje pokrzywdzonych przez Jugendamty rodziców, którym państwo odebrało dzieci pod pretekstem obrony „dobra dziecka”. A wrogiem tego dobra jest środowisko domowe – w takim przekonaniu utwierdza przeciętnego telewidza i czytelnika gazet przekaz wylewający się z mediów – od jakiegoś czasu także polskich. W niemieckiej prasie pisze się wciąż o rodzicach niewydolnych, którzy sobie „nie radzą”, bo rodzicielstwo ich przerasta. Kreuje się obraz rodziny jako instytucji niezdolnej do wychowywania dzieci. Nachalne przedstawianie kolejnych ofiar „zaniedbań wychowawczych”, opisywanie z detalami historii dzieci dręczonych i mordowanych przez matki lub molestowanych seksualnie przez ojców i konkubentów, epatowanie wynaturzonymi przypadkami z marginesu i podnoszenie ich do rangi zjawiska powszechnego osłabia zaufanie do rodziny – naturalnej konkurencji dla państwa, najsilniejszej wspólnoty zagrażającej jego omnipotencji. A skoro rodzina się „nie sprawdziła”, konieczny jest rygorystyczny system kontroli nad nią przez państwo występujące w roli „partnera” ze sztabem utytułowanych specjalistów.

W Niemczech już w 1979 roku termin „władza rodzicielska” zastąpiony został pojęciem „opieki rodzicielskiej” – prawodawca zredukował rodzinę do instytucji opiekuńczej, ograniczając dodatkowo jej prawo do wychowywania potomstwa przez wprowadzenie prawnie niejednoznacznego – bo poddającego się dowolnej interpretacji – pojęcia „dobra dziecka”. Nie idzie już o dobro rodziny, ale wyłącznie o prawa dziecka, a przecież dobro dziecka spełniać się powinno w rodzinie – bo potrzeby dziecka są częścią jej potrzeb jako całości. W zapomnienie poszło społeczne znaczenie tej małej wspólnoty, a sens jej istnienia sprowadzono do zaspokajania potrzeb potomstwa, z pomięciem matki i ojca.

I tak rolę konia trojańskiego w procesie rozbijania rodziny odgrywać zaczął – jak na ironię – postulat walki o „dobro dziecka”. Z troski o możliwość „wszechstronnego i niczym niezaburzonego rozwoju jednostki i jej samorealizacji” ukręcono bicz na ostatni szaniec tradycyjnego społeczeństwa. Ograniczając rolę rodziny do jednej z wielu instytucji opiekuńczych, kontrolowanych przez państwo i ekspertów, lewica od lat kroczy drogą wiodącą do obalenia utrwalonych zasad porządku społecznego.

Sprzeciw

Krytyków dostrzegających niebezpieczeństwo nie trzeba szukać w konserwatywnych niszach – nawet Klaus Peter Krause, znany publicysta związany z liberalnym dziennikiem „Frankfurter Allgeiemeine Zeitung” w artykule Niszczenie rodziny z kwietnia 2008 roku pisał na swoim blogu:

Małżeństwo i rodzina są instytucjonalną podstawą społeczeństwa. Ale także bastionem broniącym się przed państwem. Są przeciwwagą dla państwa i jego roszczeń, by niezależnych ludzi uczynić zależnymi od państwa. Są więc niechętnie widzianą konkurencją. Dlatego państwo uderza w małżeństwo i rodzinę. Narasta siła, z jaką więzi rodzinne są podważane. Taka jest polityczna wola. […] Irytująca dla polityków jest tradycyjna rodzina. […] Małżeństwa z matkami, które nie pracują, uchodzą niezaprzeczalnie za małżeństwa gorszej kategorii. Pożądany jest model obojga pracujących małżonków. Dzięki temu dzieci i rodzice stają się sobie dalsi i wpadają tym łatwiej pod zewnętrzne wpływy wychowawcze i środowiskowe.

Portale organizacji i ruchów społecznych występujących przeciwko Jugendamtom pełne są historii podobnych do siebie. Porzucona przez męża matka czwórki dzieci zwróciła się do miejscowego Urzędu ds. Młodzieży z prośbą o pomoc – od razu zjawili się funkcjonariusze państwowi i zabrali jej dzieci. Inną kobietę zmuszono pod groźbą odebrania dwójki dzieci do oddania jednego z nich do adopcji. Państwo demoliberalne zostawiło jej wielkodusznie wolny wybór – sama mogła zdecydować, którego się wyrzec. „Po dwóch latach męki znów jesteśmy razem w domu, ale spokoju nie zaznamy” – pisze na portalu dla poszkodowanych przez urząd. „– Właśnie zameldował się Jugendamt z podejrzeniem, że jesteśmy «niewydolni wychowawczo». Tym razem udało nam się zatrzymać dzieci. Na jak długo?”.

Niech przemówią liczby: Statistisches Bundesamt (Statystyczny Urząd Federalny) podał w sierpniu 2013 roku, że w 2012 roku instytucje te „otoczyły opieką”, czyli odebrały rodzicom czasowo lub na zawsze, 40 228 dzieci i że liczba ta wzrosła w stosunku do 2007 roku o 43 proc. „W prawie 70 proc. przypadków dzieci musiały zostać od rodziców zabrane ze względu na ich bezpieczeństwo – pisze „Die Welt” – i skierowane do rodzin zastępczych oraz domów opieki”. W ostatnich latach liczba ta sięgnęła 40 tys. Nie ma danych precyzujących, ile spośród tych tysięcy trafiło do domów dziecka zasadnie, z rodzin patologicznych, w których szerzyła się przemoc, alkoholizm, narkomania. Wiadomo natomiast, że pod pojęciem „niewydolności wychowawczej” kryć się może drobne zaniedbanie, a za każdym dzieckiem do urzędów idą niemałe pieniądze.

Gehenna rodziny

Kiedy Jugendamty zabierają dzieci, najczęściej jako powód podając „Überforderung der Eltern” („niewydolność rodziców”), rozpoczyna się gehenna. Rodzice stają wobec potężnej machiny działającej poza jakąkolwiek kontrolą – ich szanse w starciu z państwowymi urzędami są niewielkie. Instancji odwoławczych nie ma, nie istnieje też instytucja centralna o nazwie „Jugendamt”, która wydawałaby zarządzenia obowiązujące w całym kraju – każda placówka podlega tylko strukturom samorządowym i kieruje się swoimi regułami oraz „własnym sumieniem” pracowników, co daje pole do niewiarygodnych nadużyć. O losie, a czasem i życiu tysięcy decydują ludzie przypadkowi, niekompetentni, bez elementarnego przygotowania – niezdolni wychwycić sytuacji istotnie patologicznych. Według byłego sędziego rodzinnego Hansa-Christiana Prestiena ich wykształcenie nie sięga powyżej dwuletniego zawodowego studium dla pracowników socjalnych. Zmarły w 2015 roku Wolfgang Kleiner, psycholog, który walczył z systemem w interesie rodziny, twierdził, że „trzeba dużo szczęścia, by spotkać pracownika z takim dyplomem”. Często są to osoby z przygotowaniem do pracy urzędniczej. Według oficjalnych danych z 2011 roku, 11 proc. ludzi decydujących o odbieraniu rodzicom dzieci nie miało żadnego wykształcenia, a połowę stanowili absolwenci bliżej niezdefiniowanych szkół zawodowych, m.in. o profilu administracyjnym.

Konsekwencje tego stanu rzeczy dla dotkniętych decyzjami Jugendamtów nietrudno sobie wyobrazić: wszystko zależy od dobrej lub złej woli urzędnika, jego światopoglądu czy prywatnego wyobrażenia o dobru dziecka. Stwarza to w sposób oczywisty niewiarygodne możliwości nadużyć, pole popisu dla teściów, którzy przejawiają swoją niechęć do synowej lub zięcia kosztem dzieci, utwierdzani przez państwo w przekonaniu, że czynią dobrze; wystarczy sąsiad mszczący się za wyimaginowaną lub rzeczywistą krzywdę, anonimowy donos osoby, która widziała scenę sprawiającą wrażenie „dręczenia” – płaczące dziecko ciągnięte przez matkę do domu, przedłużająca się nieusprawiedliwiona nieobecność w szkole, podejrzenia nauczyciela.

Poziom kadr nie jest z pewnością efektem przypadkowych zaniedbań ani biurokratycznej patologii. Państwu potrzebna jest armia tępych, bezmyślnych, ograniczonych i bezdusznych funkcjonariuszy, którzy za nic mając szacunek dla człowieka, realizują planową politykę niszczenia rodziny. Samowoli, nadużywaniu władzy i naginaniu przepisów przez Jugendamty sprzyja sądownictwo rodzinne.

Boimy się o życie naszych dzieci – to fragment apelu publikowanego na stronach ruchu „O Prawa Dzieci – Matek – Ojców – Dziadków” (FRKMVG) w grudniu 2015 roku. – Częste są przypadki śmierci w ośrodkach opieki i rodzinach zastępczych. Wiemy, że dzieci są wykorzystywane seksualnie, dręczone psychicznie i fizycznie, faszerowane lekami psychotropowymi. Ponieważ sądy rodzinne kierują się najczęściej opiniami ekspertów przez nie właśnie zatrudnionych, zapadają decyzje zgodne z oczekiwaniami Jugendamtów.

Położenie rodziny pogorszyła wprowadzona w marcu 2008 roku zmiana brzmienia paragrafu 1666 Kodeksu Cywilnego, dająca możliwość działania „zapobiegawczego” – co oznacza, że w przypadku podejrzenia o złe traktowanie dzieci są najpierw zabierane, a sprawę wyjaśnia się w dalszej kolejności, podczas gdy one pozostają bez kontaktu z rodziną w obcym miejscu. Dzieci zabiera się coraz częściej bez uprzedzenia ze szkoły, na sile przybierają akcje wkraczania do domów z policją wcześnie rano. Rodzicom nie przysługuje prawo domniemanej niewinności – ich obowiązkiem jest udowodnienie, że nie robili dzieciom krzywdy, że należycie spełniali swoje obowiązki – cokolwiek to według Jugendamtu znaczy. Zaczyna się długie i bolesne postępowanie.

Rodziców nie informuje się miesiącami, dokąd zostały zabrane ich dzieci. Potem następują utrudnienia we wzajemnych kontaktach aż do ich całkowitego zakazu. Nie przesłuchuje się ani rodziców, ani dzieci. Dziadków odsuwa się od sprawy, ich opinie lub chęć objęcia dzieci opieką nie są brane pod uwagę.

Listy podlegają cenzurze, jeżeli w ogóle trafiają w ręce adresatów; podczas rzadkich widzeń nie wolno płakać ani rodzicom, ani dzieciom. Rozmowy telefoniczne są podsłuchiwane i przerywane, jeżeli urzędnik uzna, że temat rozmowy godzi w dobro dziecka. Rodzice mają zakaz pocieszania dzieci, że ich położenie jest tymczasowe, oraz składania obietnic, że kiedyś wrócą razem do domu.

Zdarza się i tak, że dzieciom mówi się, że rodzice są w więzieniu lub że zmarli, a nawet, że chcieli je skrzywdzić albo zabić. Te zatrzymane przez Jugendamt nie chodzą miesiącami do szkoły, nie wolno im spotykać ani dziadków, ani kolegów, kontaktować się z nikim ze swojego środowiska. Czasem dzieci, które nigdy nie były molestowane, trafiają na terapię, gdzie wmawia im się, że padły ofiarą molestowania, choć te mniejsze nie rozumieją, o co chodzi. Jeżeli mimo długotrwałej izolacji dzieci wciąż tęsknią, nierzadko lądują w zakładach psychiatrycznych.

Głośna była sprawa Möbiusów, którzy rozwiedli się w 2010 roku. Przy niej została córka, przy nim – syn. Gdy eks-żona zaszła w ciążę, zaczęły się problemy z córeczką, więc dziewczynkę zabrał ojciec. Jugendamt uznał jednak, że nie podoła on wychowaniu dwójki dzieci, choć czujni państwowi kontrolerzy nie mieli zastrzeżeń do domowej sytuacji. Jugendamt nasłał policję, przeszukano mieszkanie, przesłuchano sąsiadów. Möbiusowi kazano stawić się u psychologa zatrudnionego, rzecz jasna, w Jugendamcie, ten zaś orzekł, że prawdziwe zagrożenie dla zdrowia psychicznego dzieci stanowi ojciec. Latem 2011 roku rodzeństwo zabrano. Ciężko przeżywającego stratę Möbiusa uznano za chorego psychicznie, co zredukowało jego szanse na odzyskanie dzieci niemal do zera. Skracano mu stopniowo spotkania z dziećmi, które odbywały się i tak zawsze w obecności urzędnika. Mocno związanej z wnukami babce odmówiono widzeń w ogóle. W grudniu 2011 roku dzieci wywieziono w nieznane. Cierpiały przez dwa lata rozłąki, a gdy ojcu zezwolono wreszcie na widzenie, córka nie mogła powstrzymać się od płaczu – zakazano zatem wszelkich kontaktów, a dzieci skierowano do psychiatry z powodu ich „nienormalnego zachowania” podczas rozmowy z ojcem.

Wreszcie latem 2015 roku chłopiec, oddzielony od siostry – każde powędrowało do innego Kinderheimu – uciekł z pomocą moderatorki radiowego programu Der heisse Hocker. Rozpoczął się pościg jak za złoczyńcą, po całych Niemczech krążyły listy gończe za dzieckiem, które ukrywając się, umieszczało w Internecie błagania o pomoc i powrót do domu. Władze wygrały: chłopca złapano, dziennikarka dostała wyrok więzienia, a ojciec pewnie nigdy nie zobaczy dzieci.

Co historia, to dramat. „Po przeprowadzce z czwórką dzieci do czteropokojowego mieszkania zaczęliśmy mieć problemy, choć nasza sytuacja się poprawiła. Pojawili się panowie z Jugendamtu i uznali, że czworo dzieci to dla nas za dużo. Chcieli zabrać dwójkę, ale wyrzuciłam ich za drzwi. Następnego dnia byli z policją… Za pół roku mamy sprawę w sądzie”. I kolejna sprawa:

Nasz ośmioletni wnuczek został zabrany do domu dziecka mimo protestów nauczycieli, dyrektorki szkoły, psychologa dziecięcego, pediatry i wszystkich krewnych z wyjątkiem matki. Pozwolono nam go zobaczyć dopiero po ośmiu miesiącach – zmienił się przerażająco. Siedzi nieruchomo, nie uśmiecha się, ma nocne koszmary. Jeżeli wasze wnuki też będą chcieli zabrać, brońcie się! Zwracam mój dowód osobisty, bo nie chcę mieć do czynienia z tym państwem. Piszę do burmistrza, polityków, grup wsparcia. Alarmujcie telewizję, a jeśli ktoś z was zostanie zaproszony, weźcie mnie ze sobą.

Internetem płynie rzeka opowieści, z których wylewa się ból i bezsilność. Rodzice walczą latami z rosnącą rozpaczą, przechodzą przez wszelkie instancje sądowe, tworzą grupy wsparcia, przedzierają się sami przez przepisy prawne, bo nie stać ich na opłacanie dłużej adwokatów. Wielu rujnuje się finansowo, nie wytrzymuje psychicznego bólu, popełnia samobójstwa. Niektórzy zaczynają pić, a wtedy pojawia się wreszcie powód do odebrania im dzieci na zawsze. Jugendamty produkują więc rzesze okaleczonych psychicznie sierot i niezdolnych do normalnego funkcjonowania rodziców, którzy tracą pracę i dobytek.

Jugendamtem można wygrać – trzeba jednak znać wszystkie prawne kruczki niepojęte dla ludzi spoza środowiska, być gotowym nawet na ucieczkę z kraju lub mieć niezwykłe szczęście. W 2010 roku niemieckie gazety szeroko informowały o sprawie prawniczej rodziny Busenkros z Erlangen. Piętnastoletnia Melissa, jedno z sześciorga dzieci, została w 2007 roku zabrana z domu przez policję, ponieważ „nie dopełniła obowiązku szkolnego”. Dziewczynka za zgodą rodziców uczyła się w domu. Jugendamt uznał jej „lojalność wobec ojca i bezwarunkową solidarność z rodziną” (cytat za orzeczeniem) za objaw patologii i uzależnienia od rodziny – zgodnie z poglądami urzędników, „normalne” nastolatki mają być zbuntowane i negować autorytet rodziców. Potem była trzymiesięczna droga przez szpital psychiatryczny w Norymberdze, który miał „wyleczyć” dziecko z „uzależnienia od rodziców”, następnie zakład wychowawczy w Schweinfurcie, gdzie nie chciano jej zatrzymać – oficjalnie z powodu zamieszania medialnego, a po prawdzie dlatego, że odstawała poziomem od pozostałych wychowanków, np. czytała francuskie książki. Trafiła zatem do zakładu w Würzburgu dla ciężko zaburzonej psychicznie młodzieży i wreszcie do rodziny zastępczej na wsi pod Würzburgiem. Stamtąd dziewczyna uciekła do domu. Mimo że jej rodzice byli w tym czasie pozbawieni prawa do opieki, władze zamilkły z powodu rozgłosu tej sprawy w mediach. Jugendmamt usiłował jeszcze daremnie wyegzekwować na rodzicach zwrot kosztów utrzymania i pobytu Melissy w kolejnych placówkach – zwłaszcza, że ojciec był dobrze zarabiającym pracownikiem dużego koncernu. Busenkrosowie bali się zostać dłużej w Niemczech i wyemigrowali do USA. Państwo trafiło na ludzi pewnych swego, którzy nie dali sobie – w przeciwieństwie do wielu zdezorientowanych, onieśmielonych i przytłoczonych kłamstwami „fachowców” – wmówić, że nie umieją wychowywać dzieci, bo brak im wiedzy i przygotowania.

Porwanie w majestacie prawa

Niewiele jest spraw tak solidnie udokumentowanych, jak porwanie półrocznej Niny Weroniki – w jej przypadku sąd wydawał łamane notorycznie przez Jugendamt orzeczenia sprzyjające rodzicom. Urzędnicy posunęli się w swoim poczuciu bezkarności o krok za daleko. Urodzona w grudniu 2007 roku Nina została uprowadzona przez Jugendamt ze Stuttgartu w nieznane miejsce, gdy miała 26 tygodni. Ponieważ jej matka chorowała po porodzie, ojciec poprosił o pomoc swoich rodziców. Ci wzięli dziecko na dwa dni do siebie. Babka pogrążona w odmętach ezoteryki uroiła sobie wcześniej – o czym ojciec Niny nie miał pojęcia – że konieczna jest aborcja, bo „to dziecko pozbawione jest duszy”, o czym dowiedziała się ze źródeł w zaświatach. Gdy dziadkowie nie oddawali dziewczynki, odprawiając nad nią magiczne praktyki, młody tata zjawił się w styczniu 2008 roku w Jugendamcie – ale w soboty urząd był nieczynny. Zdesperowany wszedł do domu rodziców, wziął dziecko na ręce i chciał wyjść, gdy starsi państwo obalili go na ziemię, traktując gazem pieprzowym. Dostało się i niespełna miesięcznej Ninie. Wezwana na miejsce policja nie uczyniła nic w jego obronie, a sąd rodzinny odebrał mu czasowo możliwość odzyskania dziecka. „Nie jest jasne, czy ojciec jest w tej chwili zdolny do sprawowania opieki nad noworodkiem” – brzmiało kuriozalne uzasadnienie. I jeszcze: „Nie są znane powody, dla których ojciec chciał zabrać dziecko do siebie”.

Odzyskawszy zdrowie, matka zaczęła w maju 2008 roku walczyć o dziewczynkę. Ale ta przeznaczona była już do adopcji. Jugendamt podjął taką decyzję, pomijając drogę sądową. Rodziców zastępczych, którym za opiekę nad dziewczynką państwo płaci 1900 euro miesięcznie, znaleziono w lipcu i oddano im Ninę od razu, żeby „mogła przyzwyczaić się do nowych rodziców”. Dopiero w sierpniu matka zobaczyła Ninę. Tymczasem Jugendamt robił po cichu wszystko, by pozbyć się problemu z rodzicami. Jesienią wydał opinię, że „kontakt z dzieckiem działa na nie traumatyzująco” (niemowlę płakało podczas spotkania). Urząd popełnił w przypadku Niny błąd – zbyt arogancko i jawnie ignorował kolejne sądowe decyzje nakazujące Jugendamtowi dopuszczać do cotygodniowych kontaktów dziewczynki z rodzicami. Nadal ograniczał spotkania do jednego na miesiąc, a wreszcie zakazał ich całkiem. Zastępca szefa Jugendamtu w Stuttgarcie zakomunikował zaalarmowanym przez rodziców dziennikarzom, że „nie ma czasu ani ochoty” na rozmowę i zwymyślał ich od „niedorozwiniętych intelektualnie”.

Kiedy Nina skończyła rok, została – zgodnie z przepisami – objęta przepisami o ochronie danych osobowych, rodzicom odmówiono zatem dostępu do jej akt. Przez trzy lata, trzy miesiące i sześć dni od narodzin dziecka rodzice walczyli z urzędem – i wyszli z tego pojedynku zwycięsko. W marcu 2012 roku odzyskali prawa rodzicielskie, choć Nina zapłaciła za pobyt u obcych opóźnieniem rozwojowym.

Beznadziejnie przedstawiają się sprawy młodzieży z prawdziwymi problemami – w domach opieki ich skłonności są utrwalane, a nawet pogłębiane. W grudniu 2013 roku wybuchł skandal wokół domów dziecka w brandenburskim Haasenburgu, z których nastolatki uciekały z torbami pełnymi tabletek nasennych na wypadek, gdyby złapała je policja – wolały umrzeć niż tam wrócić. Pierwsze skargi na Haasenburg pojawiły się w 2009 roku, gdy jedna z matek zgłosiła pracownicy ośrodka, że jej syn jest prześladowany przez wychowawców. Usłyszała, że musi zaufać metodom stosowanym przez fachowców, nawet jeśli nie rozumie sensu konkretnych kar. „Główny problem” stanowi jej zachowanie, a nie sytuacja w ośrodku, powinna więc podjąć terapię.

Domy, w których trudna młodzież traktowana była przy pomocy bandyckich metod, bita i poniżana, zamknięto dopiero w listopadzie 2013 roku, gdy tajemnica poliszynela wyciekła do mediów. Poważna prasa informowała o sytuacji, aczkolwiek oględnie, ograniczając się do wzmianek o „nadużyciach”.

Lewicowe korzenie  

Powróćmy jednak do źródeł. Oto scena z pozoru sielankowa: wiosna 1966 roku, malownicze jezioro Kochelsee w Górnej Bawarii, młodzi ludzie na pikniku. Ci łaknący kontaktu z naturą studenci to buntownicy przeciwko „burżuazyjnemu społeczeństwu” i rodzinie – „wylęgarni faszyzmu”, którzy rozważają pomysł założenia komuny i stworzenia „człowieka XXI wieku”. Przywódcą zebranych nad Kochelsee jest 27-letni Dieter Kunzelmann, syn dyrektora banku, związany pod koniec lat 60. XX wieku z palestyńskim terroryzmem, a później deputowany do parlamentu krajowego w Berlinie. „Musicie odciąć swoje korzenie, by rozwijać osobowość!” – żąda. „Precz ze stałymi związkami między mężczyzną a kobietą!” – wtóruje mu Fritz Teufel, w następnej dekadzie skazany za udział w zamachach terrorystycznych.

Powstała w sierpniu 1967 roku „Komuna 1”, pomyślana jako przeciwieństwo „drobnomieszczańskiej rodziny”, nie była zjawiskiem incydentalnym – reprezentowała światopogląd, który przyjąwszy mniej drastyczne formy przeniknął do instytucji państwa i wytyczył drogę wiodącą – w pewnym uproszczeniu – do obecnego stanu rzeczy. Styl życia „komunardów” prowadzić miał, by zacytować Kunzelmanna, do „destrukcji sfery prywatności w celu zerwania burżuazyjnych więzi łączących małżonków ze sobą i dzieci z rodzicami”. W tym celu podjęto „eksperyment wychowawczy” – hodowlę nowego człowieka.

Gdy w 1969 roku „Komuna 1” upadła, pogrążywszy się bez reszty w narkotykach, w „Komunie 2” Jana-Karla Raspego – późniejszego członka RAF – w berlińskiej dzielnicy Charlottenburg żyło dwoje dzieci urodzonych w „Komunie 1”: Grischa, córka Kunzelmanna oraz Marion Stergar, oraz Nessim, syn Eikego Hemmersa – prarodzice „nowego społeczeństwa”. Ich zachowania obserwowano i wyciągano z nich wnioski. Dla przykładu: mała Grischa bawi się penisem swojego taty i doprowadza go do erekcji, po czym wpada w zdumienie wielkością organu, nijak rozmiarami niepasującego do kilkuletniej dziewczynki. W protokole „Komuny 2” pojawia się wniosek: „Dzieci należy nakłaniać do tego, by zaspokajały swoje potrzeby seksualne z rówieśnikami”. Eksperymenty seksualne na dzieciach w „Komunie 2” dokonywane były w imię rewolucji w systemie wychowania, rozdarcia więzów – nie więzi! – emocjonalnych dzieci z rodzicami i stworzenia im możliwości „swobodnego rozwoju”. Wskazówki czerpano m.in., w co trudno dziś uwierzyć, ze studium Anne Freud, córki Zygmunta Freuda, o dzieciach, których żydowscy rodzice zostali wymordowani przez Niemców w obozie Theresienstadt w Czechach, co wydatnie pomogło sierotom ukształtować się samodzielnie.

Ówczesna niemiecka „opozycja pozaparlamentarna”, jak zwykli określać siebie „rewolucjoniści”, wpłynęła na świadomość całego pokolenia, które z czasem weszło do polityki i zajęło miejsca w parlamentach krajów członkowskich UE i strukturach unijnych.

Niepodobna w kontekście niszczących rodzinę działań Jugendamtów abstrahować od agresji ideologicznej gender – jest to jeszcze jedno oblicze tej samej tendencji do podminowania rodziny. Aby sprowadzić istotę człowieka do jego fizjologii, należy zastąpić rodzinę, ostoję normalności, sztabem utytułowanych specjalistów. Pod pozorami troski o tę najmniejszą w społeczeństwie wspólnotę zmierza się do likwidacji praw rodziców w sferze uświadomienia seksualnego, nietkniętych nigdy wcześniej instytucjonalnymi rozwiązaniami. A wszystko to uczyniono po cichu. Czy Polacy głosujący za przystąpieniem do Unii Europejskiej wiedzieli, że Traktat Amsterdamski z 1997 roku, przygotowany w związku z planowanym rozszerzeniem Unii Europejskiej, wprowadził do art. 2. gender jako strategię polityczną, obowiązującą państwa członkowskie? Czy przeciętny obywatel słyszał, że cztery lata temu w marcu 2012 roku. Parlament Europejski zdefiniował rodzinę od nowa, wyliczając równoprawne rodzaje „rodzica” („Elternschaft” – „rodzicielstwa”): rodziców poślubionych i niepoślubionych, partnerów życiowych, rodziców wychowujących dzieci samotnie, rodziców różnej płci i tej samej płci oraz rodziców adopcyjnych? I że zobligował państwo do prawnej ochrony wszystkich tych kategorii?

Rozbicie rodziny przez zdefiniowanie jej na nowo, przez odcięcie więzi łączących jednostkę ze wspierającym ją środowiskiem ma swoją konsekwencję: powrót do charakterystycznego w systemie totalitarnym przeciwstawienia samotnej monady wszechmocnemu państwu. W tym właśnie sensie jednym z instrumentów służących zniszczeniu rodziny stały się Jugendamty – obok zreformowanego systemu oświaty z obowiązkiem prowadzenia przez szkoły wychowania seksualnego, słynnych seksboxów dla przedszkolaków czy podręczników kreujących genderową rzeczywistość, a także triumfu feminizmu.

Rewolucja pożera cudze dzieci

Nie trzeba się domyślać, jakie będą skutki rabunkowej polityki państwa wobec rodziny – historia NRD dostarcza wszak wielu przykładów. Legendarna, bo przytaczana jako przykład, i legendarna, bo do legend zaliczyć ją trzeba, dekomunizacja w RFN ominęła nie tylko wielu polityków, ale i pracowników Jugendamtów. Petrze Kohler, która przeżyła istne piekło, usiłując legalnie wyjechać z NRD, odebrano za karę syna w lutym 1981 roku. Przez mur domu dziecka usiłowała się z nim skontaktować. „Pozajrzyjdoksiegarni_120_test_120 15 minutach już mnie mieli” – mówi Petra. 21-letnia kobieta trafiła do więzienia Stasi w Gerze. Zabroniono jej zbliżać się do domu dziecka, grożono wysokim wyrokiem, bito w brzuch. „Powiedzieli, że wybiją ze mnie chęć posiadania dzieci” – pamięta. Po zjednoczeniu Niemiec zgłosiła się do Jugendamtu, a tam trafiła na urzędniczkę, która brała udział w uprowadzeniu jej dziecka. Kobieta nadal kontrolowała sytuację. Dopiero kiedy odeszła w 2003 roku, Petra mogła zacząć poszukiwania. I wtedy dowiedziała się, że praw do pierwszego syna zrzekła się dobrowolnie. „W więzieniu podawali mi jakieś środki, traciłam świadomość na całe godziny” – tyle pamięta. Złożyła w Urzędzie Pełnomocnika ds. Akt Stasi wniosek o wgląd w swoje dokumenty. Rzeczywiście, był w nich jej podpis. Zgodnie z obowiązującymi w RFN przepisami przekazała za pośrednictwem Jugendamtu list do syna z pytaniem, czy zechce się z nią spotkać. Po 22 latach umówił się z matką dwa razy. Więcej nie chciał widzieć obcej kobiety, nie potrafił udźwignąć konfrontacji z nową tożsamością.

Sprawy takie jak Petry Kohler, z podobnym zakończeniem, powtórzą się kiedyś w RFN z siłą zwielokrotnioną rozmiarami obecnego procederu. Bo wielu rodziców nie zaprzestanie szukania dzieci, a jakaś część dzieci dowie się wcześniej czy później, że ich biologicznymi rodzicami nie są ci, którzy je wychowali. Gdy dorosną, zechcą być może odnaleźć rodzinę. I wtedy dramaty zaczną się od nowa. Rewolucja najczęściej pożera cudze dzieci.

Anna Zechenter

 

Śródtytuły zostały dodane przez redakcję Portalu. Tekst zotał opublikowany w 127-128 numerze Dwumiesięcznika ARCANA – zobacz TUTAJ

 


Ostatnie wiadomości z tego działu

Nowy (147) majowo-czerwcowy numer dwumiesięcznika Arcana!

Nowy 145-146 numer dwumiesięcznika ARCANA!

Jan Olszewski o tym, że polskość to normalność

Nowy 144 numer dwumiesięcznika ARCANA!

Komentarze (0)
Twój nick:
Kod z obrazka:



Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wszystkie opinie są własnością piszących. Ponadto redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy wulgarnych lub nawołujących do nienawiści.

Wyszukiwarka

Reklama

Facebook


Wszystkie teksty zamieszczone na stronie są własnością Portalu ARCANA lub też autorów, którzy podpisani są pod artykułem.
Redakcja Portalu ARCANA zgadza się na przedruk zamieszczonych materiałów tylko pod warunkiem zamieszczenia informacji o źródle.
Nowa odsłona Portalu ARCANA powstała dzięki wsparciu Fundacji Banku Zachodniego WBK.