ARCANA 120: Chciał Pan Powstania? – Mało powiedziane! Ja go pragnąłem.

Opowieść powstańcza ze 120 numeru Arcanów. Świadectwo żołnierza Armii Krajowej spisana piórem Doroty Betlewskiej-Gutowskiej.
01.08.2015 14:08

Dorota Betlewska-Gutowska

Spotkać Gluth-Nowowiejskiego

 

(…)

 

Od tylu lat przysłuchuję się kłótniom. Ostatnio znów. Jeden młody. Drugi stary. Ojciec i syn. Zbrodnia! – krzyczał jeden. Drugi bronił powstańców. Mieli prawo oddać życie za ojczyznę. To był ich wybór. Nam nic do tego. Każdy ma prawo oddać życie za to, za co chce. Także za przegraną sprawę. To młody mówił. Czy nie wie, że chcieli wygrać? Śpiewali: „Gotuj broń / na przód marsz / ku zwycięstwu! (…) Chłopcy silni jak stal (…) Hej, do walki nie zbraknie nam sił”.

Ale zabrakło. Nie byli ze stali. Chcieli być. Zwyciężyć. Mieli nadzieję. Facet wymyślił, że poszli bez nadziei. Poszli zginąć. Jeszcze oświadczył, że śmierć to dar dany nam. Nie jest czymś strasznym ani złym. Mocny oryginał. Przecież i zła, i straszna. Safona napisała: „Bogowie wiedzą, że śmierć jest nieszczęściem. Inaczej chętnie umieraliby sami”. A Chrystus? Nie zmartwychwstałby, gdyby miał takie poglądy jak ten dyskutant. Darem jest życie. Śmierć utratą daru.

Wydarzyła się dziwna historia z Łazarzem. Chrystus zapłakał nad jego grobem. A przecież wiedział, że za chwilę go wskrzesi. My nie mamy takich możliwości. Nie znamy śmierci jako stanu tymczasowego. Nie panujemy nad nią. Ona rządzi.Pozostawia bezradnych.Palimy świece. Dla kogo? Dla siebie? Dla nich? Uważamy, że to widzą? Robimy apele poległych. Chłopcy z Marymontu, stańcie do apelu! To była drużyna. Czternastu. Dowódca Gluth–Nowowiejski. Osiemnastoletni.

Po wojnie opisze jak ich tracił. Najpierw Małynicza. Zbyszek, czemu się nie odzywasz? Trzeba podczołgać się i sprawdzić. Już wie. Uderzył go kawał metalu. Odciął głowę. Trzeba to wytrzymać. Spokojnym głosem dać rozkaz wycofania się.

Artysta Lankosz powiedział niedawno: „Nie cierpię tego w Polakach (…) umrzeć za ojczyznę, kult męczeństwa. Sorry, ja bym do powstania nie poszedł”. „Nie cierpię tego w Polakach (…) umrzeć za ojczyznę, kult męczeństwa. Sorry, ja bym do powstania nie poszedł”Odpowiedział na to dziennikarz, Iłowiecki:

 

Reżyser Lankosz nie musiał „iść do powstania” – ale jego słowa obrażają tych, którzy oddali życie za wolność. Dziwi mnie, że tak zdolny i – sądzę z wypowiedzi kulturalny i subtelny człowiek tak łatwo uchyla się od powinności obrony ojczyzny i zdaje się nie rozumieć, dlaczego zrodził się u nas „kult męczeństwa” (…), jakie były tego obiektywne przyczyny.

 

 

Spór nie ma charakteru pokoleniowego. Młoda pisarka, Renata Lis wyznała: „…zostałam kiedyś niemal zgilotynowana werbalnie (przez Marię Janion i kolegów), ponieważ nie chciałam uznać całkowitego bezsensu Powstania Warszawskiego”.

A co myśli o tym Nowowiejski? Były osiemnastoletni dowódca? Zapytany, czy miał pretensje do dowódców, odpowiada, że nie. Jednocześnie tłumaczy: Byliśmy wszyscy atakowani. Trzeba się było trzymać razem.

Sugestywnie opisał tamten wrzesień. Tracenie drużyny. Czytam i widzę go w tej sytuacji, która wszystkich przerosła. Nie tak miało być. Wojna to żywioł. Sztorm. Nie można zaplanować przebiegu wypadków. Zrobią z nas jatkę – myśli nastoletni dowódca. Po chwili jest ranny. Ręka majta się. Nie ma w niej czucia. Ale nie trzeba myśleć o sobie. Musi o innych. Jest za nich odpowiedzialny. Po latach będzie wspominał, jacy byli spokojni. Nad wiek dojrzali. Wpadli w tryby historii. Chciał ich ratować. Dał rozkaz wycofania się. Zabrania rannych. Ukrycia się w małym domku.

Wysłał „Wojtka” z meldunkiem. Z prośbą o pozwolenie opuszczenia pozycji. „Wojtek” biegnie. Przeżyje. Gdyby został wysłany „Goliat”, to „Goliat” by przeżył, a gdyby „Dziadek”, to przeżyłby „Dziadek”. Patrol sanitarny zjawia się szybko. Jest z nimi „Leszek”. Zastępca dowódcy plutonu. Ofiarni. Solidarni. Cztery osoby przybiegły, żeby pomóc. Tak naprawdę po to by zginąć. Dziewczyny bandażowały.

Zjeżdżajmy stąd – mówi Nowowiejski, ale teraz rządzi „Leszek”. Upiera się, że najpierw trzeba udzielić pomocy rannym. Zła decyzja. Będzie go kosztowała życie. Nie tylko jego. Wielu. Może i tak by zginęli? Ile trwało bandażowanie? Cztery minuty? Mogły mieć znaczenie. Czy należało uciekać z nieopatrzonymi? Tak. Może nie wykrwawiliby się. A inni nie stali martwymi.

Śmierć „Leszka” będzie piękna. Bohaterska. Zasłoni sobą rannego, siedemnastoletniego „Abdanka”. To na nic. Zginą obydwaj. Lepiej byłoby bez tego bohaterstwa. I bez bandażowania rannych. Dobry był z niego chłopak, ale nie prorok. Powinni uciekać.

Wyprzedzam wypadki. Teraz będzie po kolei. Przybiega „Jerzy”: Jesteśmy okrążeni. Czołgi. Samochody pancerne. Czym się pocieszyć? Tym, że może Niemcy nie wiedzą o nich. Pojadą dalej. Nadzieja pryska. Do piwnicy, wpadają granaty. Czterech chłopców wyskakuje na zewnątrz. Chce się przebić. Wracają. Dwóch jest rannych. Nowowiejski napisze po latach: „W tym krytycznym momencie Basia i Danusia postanawiają spróbować szczęścia z drugiej strony. Przeciskają się przez niewielki otwór w murze, wyskakują na polankę. Nie widzą Niemców. Puszczają się więc biegiem i docierają do skraju zagajnika. A więc znalazły jeszcze wolną drogę”.

Czują się uratowane. Chcą uratować chłopców. Krzyczą, że tędy jeszcze można. Ale za chwilę już nie żyją. Wcześniej usłyszeli je „KoziołiPaluszek”. Pobiegli. Ich dowódca, trzydzieści lat później, opisze ten bieg. 

Pierwsza seria przechodzi tuż nad głowami. Padając na ziemię „Paluszek” kowbojskim ruchem wyciąga pistolet i zwala z nóg wybiegającego z zagajnika esesmana. Podrywają się i pędzą w… kierunku Niemców. Szkoda, że nie ma kamery filmowej. Czereda esesmanów uzbrojonych po zęby rozpierzcha się na widok dwóch atakujących chłopców. „Kozioł” odbezpiecza w biegu granat i rzuca. Chcą wskoczyć w dym po wybuchu, ale niestety… Seria z ciężkiego karabinu maszynowego kończy ich życie. 

(…)

Niemcy obrzucają wejście domku granatami. Doskakują do okien. Odwalają chroniące je cegły. „Buława” wciska w otwór pistolet. Zabija Niemca. Nowowiejski koziołkuje do drugiego pomieszczenia piwnicznego. W tamtym padają granat za granatem. Po trzydziestu latach opisuje swoje myśli i swój stan: „Zabili wszystkich. Świadomość umyka i wraca. Leżę na betonie na lewym boku podłożywszy zdrową rękę pod głowę. A w głowie jakieś uporczywe pytanie i chwila głupiej filozofii: Gdzie tu sens?!”

Pytanie nie było głupie, choć osiemnastoletni dowódca wstydził się go. Gdzie sens? Po sześćdziesięciu dziewięciu latach powie do mnie: To była tradycja. Powtórka. Poszliśmy jak nasi ojcowie. Mój kiedy wstąpił do konspiracyjnej drużyny strzeleckiej, miał 19 lat. Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, był już przeszkolony. To była tradycja. Powtórka. Poszliśmy jak nasi ojcowie. Mój kiedy wstąpił do konspiracyjnej drużyny strzeleckiej, miał 19 lat. Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, był już przeszkolonyPięć lat spędził w okopach. Walczył w Legionach Piłsudskiego. Dostał Virtuti Militari.

Ale przeżył – myślę. Ożenił się. Miał czterech synów. Został jeden. Jest ranny. Leży w domku na Marymoncie. Otoczony. Skazany. Już po wszystkim? Jeszcze nie. Jeszcze tamci boją się wejść. Walą miotaczem ognia. On jest w drugim pomieszczeniu. Ratuje go różnica poziomów. Wrzucają granaty z gazem. Traci świadomość. Ocknie się chwycony za rękę. Własowiec ma go za trupa. Zabiera zegarek. Potem wchodzi niemiecki oficer. Z adiutantem. Oglądają. Oficer mówi: Ja, das ist Krieg. Taka jest wojna.

Tak jakby było mu przykro. To niepodobne do Niemców. I nie podobne do nich jest przeoczenie, że ktoś tu jeszcze żyje. Czterech oprócz Nowowiejskiego. On ogłuszony. Ze strużką krwi między skronią a ustami. Czterech wczołgało się pod martwych kolegów. Przypieczeni miotaczami ognia, ale żywi. „Julian”, „Buława”, „Goliat”, „Dziadek”. Dwaj ostatni ciężko ranni. Co robić? Chłopcy wiedzą, że teraz nie przedostaną się do swoich. Trzeba poczekać na noc. Dla bezpieczeństwa znów przykryć się martwymi.

A więc leżą pod stygnącymi zwłokami kolegów. Nowowiejski nie jest typem twardziela. Raczej wrażliwca. Wyznaje: „Ileż razy wolałbym sam zginąć niż patrzeć jak ubywa ktoś z szeregu”. „Ileż razy wolałbym sam zginąć niż patrzeć jak ubywa ktoś z szeregu”zajrzyjdoksiegarni_120

Inaczej wypowiedział się w tej kwestii, walczący w pierwszej wojnie światowej, Erich Maria Remarque: „Kiedy obok ciebie ktoś umiera – ty tego nie czujesz. To jest nieszczęście świata. Litość nie jest cierpieniem. Litość jest skrywanym zadowoleniem z cierpienia innych. Uczuciem ulgi, że to nie nas spotyka ani kogoś nam drogiego”.

Widocznie oni byli Nowowiejskiemu drodzy. Po kilku godzinach Julian wyciąga go spod ciał. Robi to prawą ręką. W lewej granat obciął mu dłoń. Oświadcza: Idziemy. A „Goliat”? A „Dziadek”? Muszą zostać. „Dziadek” ma szesnaście lat. Osiemnastoletni dowódca nie chce go zostawić. „Dziadek” daje mu na to przyzwolenie. Mówi: „Idźcie, to szansa i dla mnie. Przyślecie patrol sanitarny”. Udaje, że jest dobrej myśli, ale cicho szepcze do dowódcy: „Jeśli przejdziesz, zawiadom moją matkę, Wandę Nazarkiewiczową, na Krasińskiego, że tu zostałem i że myślałem o niej”.

Wychodzą. Noc. Marymont płonie. Niestety, jest jasno jak w dzień. Rozlega się wrzask: halt! Nowowiejski słyszy. „Julian” i „Buława” nie. Granaty uszkodziły im bębenki. „Julian” dostaje. „Buława” zabija Niemca i wskakuje w płonący dom. Inni Niemcy strzelają za nim. Dobiegają do leżącego „Juliana”. Dobijają go. Nowowiejski leży za żywopłotem. Nie jest widoczny. Zdoła doczołgać się do suteryny. Położyć do łóżka. Spędzi tam sześć tygodni w malignie.

Będzie miał halucynacje. Z gorączki. Z rozpaczy. (…)

Pogrążony w halucynacjach słyszy, że nadchodzą Niemcy. Rozumie, że teraz dzieje się to naprawdę. Stają w progu. Cofają się ze wstrętem. Jest śmierdzący, ropiejący. Słyszy ich rozmowę: „Trzeba skończyć z tą zarazą. Dookoła linia frontu, a tu pod nosem, rozkładają się trupy”. Towarzyszący im cywil dostaje polecenie, że po pracy ma tu przyjść. Zabrać go oraz trupa z ogrodu.

Widać był leniwy. Nie przyszedł. Zjawia się za to kobieta. Doznaje szoku. W pierwszym odruchu ucieka. Wraca. Klęka przy łóżku i całuje rękę chłopca. Mówi, że jej syn walczył w Śródmieściu, może jest teraz w takiej samej sytuacji, więc ona pomoże. Woła mężczyznę. Ładują chłopca na wózek. Wiozą do Bernerowa. Kobieta wykłóca się z napotkanym Niemcem, że to nie bandyta, ale chory człowiek. Sześć tygodni leżał sam. Docierają do willi z czerwonym krzyżem. Jest lekarz. Nowowiejski widzi w jego oczach przerażenie. Siostry rozbierają pacjenta. Myją i płaczą.

Kiedy kryzys minie, lekarz powie chłopcu, że jego wypadek wykracza poza wiedzę medyczną. Powinna go zabić gangrena. Zapalenie płuc i głód. Czyżby pomogły stany, które przeżył w letargu?

Lekarz chce amputować rękę. Osiemnastoletni dowódca płacze i nie zgadza się. Zawiadomiono jego matkę. Przyjechała. Jeszcze nie wie, że to jedyny jej żywy syn. Ma nadzieję, że odnajdzie też trzech starszych. Dwóch zabrano na Pawiak. Rozstrzelano w kwietniu 1944. Młodsi synowie dowiedzieli się o tym szybko. Przyszedł gryps. Postanowili, że matce nie powiedzą. Będzie więc szukać. Pisać listy do Polskiego Czerwonego Krzyża. I do międzynarodowego, do Szwajcarii.

Kiedy spotykam Nowowiejskiego, pytam: A co z matką „Dziadka”? Przeżyła? Odnalazł ją pan? Ona mnie odnalazła – odpowiada. Już wiedziała, że syn nie żyje. Dowiedziała się, że byłem jego dowódcą. Przyszła do mnie po potwierdzenie.

Czy rzeczywiście? Matki nigdy nie przychodzą po potwierdzenia takich wiadomości. Przychodzą po zaprzeczenie. Nowowiejski potwierdził. Przed swoją matką zataił prawdę o braciach. Matce kolegi powiedział. Obiecał mu. To musiało być trudne spotkanie. Matki szesnastoletniego poległego i jego osiemnastoletniego dowódcy.

(…)

[Gluth] Mówi: Ona, po stracie syna, pokochała tych, którzy zostali. Utrzymywałem z nią kontakt. Biedna kobieta. Mąż został w Anglii. Przysyłał paczki, ale nie czynił starań, aby ją ściągnąć. Widać kogoś miał.

Prosto po operacji Nowowiejski uczestniczył w ekshumacji kolegów. Stał nad zbiorowym grobem przy domku na ulicy Rajszewskiej. Dwóch ciał brakowało. „Goliata” i „Dziadka”. Zostawił ich tu żywych, ale ciężko rannych. O stanie „Goliata” napisał: „beznadziejnie wygląda rana brzucha”. O „Dziadku” zaś: „nogi ma całkiem bezwładne”.

Mimo to przemieścili się. Najwyraźniej szukali pomocy. Czy spotkali ich Niemcy i dobili? Może doczołgali się do powstańczego szpitala i tam zmarli? Jedno jest pewne. Nie czekali na śmierć. Próbowali się ratować. Musiała być w tych chłopcach wielka wola życia.

Nie mniejsza od woli walki. O „Goliacie” Nowowiejski mówi: Świetny strzelec. Zabił więcej Niemców niż reszta drużyny razem. Znał teren. Każdą ścieżkę. Każdy stryszek. Był z Marymontu. Wypuszczał się z „Buławą”. Polowali na niemieckie patrole. Te wypady nie były dozwolone. Kto ich mógł upilnować?

Niemcy nazywali powstańców bandytami. Ta nazwa zawierała w sobie nie tylko pogardę, też strach. Mathi Schenk powiedział po latach: „Dla mnie to byli prawdziwi, bardzo dobrzy żołnierze, nawet jeśli nie wszyscy nosili mundury”. Wspominał też: „O świcie zobaczyłem napisy. Pomyślałem sobie: To nie jest Francja. To jest Polska. I tak wjechaliśmy tym pociągiem prosto w powstanie (…) Od razu mieliśmy jednego zabitego i dwóch ciężko rannych”.

Generał Reinefarth powiedział: „W momencie, kiedy otrzymałem od Himmlera rozkaz: zakończyć powstanie w Warszawie, nie miał on pojęcia o jego sile i potędze”.

Chciał Pan Powstania? – pytam Nowowiejskiego. Chciał? To mało powiedziane. Ja go pragnąłem. Był pan szczęśliwy pierwszego sierpnia? Byłem wściekły. Nie dali nam broni. W tej sytuacji dowódca Żoliborza kazał nam przejść w nocy do Kampinosu. Poszliśmy. Niemcy nie zauważyli. Została mała grupka w rejonie Placu Wilsona. Robili dużo hałasu. Wróciliśmy w połowie sierpnia. Z bronią. Były duże zrzuty. Jak nas ludzie zobaczyli, oszaleli z radości. Całowali nas. Robiliśmy wrażenie. Było nas około tysiąca uzbrojonych powstańców. Niemcy starali się nie podchodzić. Mieli samoloty.

(…)

Mówi o sobie, że strzegła go Opatrzność. Kiedy pytam, dlaczego innych nie strzegła, milczy. A to jest ciekawe pytanie. Jeszcze ciekawsza byłaby odpowiedź. Chciałabym ją znać. Nie drążę pytania, bo Nowowiejski spieszy się na rehabilitację. Niedawno przewrócił się. Znów ma problem z tą ręką, w którą kiedyś był ranny. Samej sobie więc powtarzam to dziwaczne pytanie: Dlaczego tamtych chłopców i dziewczęta nie strzegła Opatrzność? Jeśli ktoś nie wierzy w Boga, powie, bo nie ma Opatrzności. Jeśli ktoś wierzy, stwierdzi: Tylko Bóg zna odpowiedź. Czy rzeczywiście Bóg chce, abyśmy my jej nie znali, póki żyjemy? Może On daje odpowiedź, a my nie chcemy usłyszeć?

(…)

Dorota Betlewska-Gutowsk

Redakcja Portalu dokonała skrócenia tekstu względem pierwotnej wersji, opublikowanej w 120 numerze Dwumiesięcznika ARCANA.


Ostatnie wiadomości z tego działu

Nowy 145-146 numer dwumiesięcznika ARCANA!

Jan Olszewski o tym, że polskość to normalność

Nowy 144 numer dwumiesięcznika ARCANA!

Zatrważające dane: „W 2015 roku ponad 50% imigrantów z Czarnej Afryki żyło z transferów socjalnych”

Komentarze (0)
Twój nick:
Kod z obrazka:



Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wszystkie opinie są własnością piszących. Ponadto redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy wulgarnych lub nawołujących do nienawiści.

Wyszukiwarka

Reklama

Facebook


Wszystkie teksty zamieszczone na stronie są własnością Portalu ARCANA lub też autorów, którzy podpisani są pod artykułem.
Redakcja Portalu ARCANA zgadza się na przedruk zamieszczonych materiałów tylko pod warunkiem zamieszczenia informacji o źródle.
Nowa odsłona Portalu ARCANA powstała dzięki wsparciu Fundacji Banku Zachodniego WBK.